czwartek, 29 stycznia 2015

Nowy Herostrates

Przeczytałem świetny esej o walce z epidemią polio w Izraelu. Chociaż mam się za osobę wykształconą raczej wszechstronnie, zaskoczyło mnie, jak mało wiem o tak oczywistym, zdawałoby się, temacie, jak szczepienia. Nie wiedziałem, że dopiero zabezpieczenie dwoma szczepionkami przeciw polio (doustną i domięśniową) chroni nie tylko szczepionych, ale i całą populację. Nie pamiętałem też, że polio wyrosło na gwiazdę chorób zakaźnych dopiero kiedy wzrost poziomu higieny uniemożliwił codzienny kontakt z wirusami od noworodka, co zapewniało odporność na całe życie.

Keren Landsman,autorka eseju, opisuje też całkiem dokładnie problemy, które musieli zwalczyć epidemiolodzy, usiłując zaszczepić w trybie pilnym całą dziecięcą populację Izraela. Problemem tym byli, niestety antyszczepionkowcy. Nie mam zamiaru dołączać w tym miejscu do chóru lamentującego nad epidemiami powracającymi z winy wyznawców Andrew Wakefielda. Zastanawia mnie szerszy problem: skąd bierze się siła tego i innych podobnych ruchów? Co mówi o naszej cywilizacji sam fakt ich istnienia?

W eseju, o którym pisałem, Landsman pisze o matce, która ogłosiła, że jej córka została sparaliżowana pół godziny po otrzymaniu szczepionki doustnej. W ciągu minut historia ta rozprzestrzeniła się po sieci. Dwie godziny później ktoś opisał prawdziwą historię: dziecko zasnęło tuż po szczepieniu, zsiusiało się podczas snu i miało zdrętwiałe nogi, kiedy się przebudziło. Wytłumaczenie było przyziemne i nie pasowało do schematu antyszczepionkowców. Pro-szczepionkowcy musieli rozgłaszać na własną rękę historię gdzie tylko mogli.

Jak to możliwe, że relacja jednej spośród milionów(!) matek zaszczepionych dzieci mogła tak szybko zyskać popularność i zmusić sporą rzeszę ludzi do usiłowania przedstawienia prawdziwej historii? Banalna brzmi odpowiedź brzmi oczywiście: bo istnieje współczesny internet: Twitter, Facebook i sto innych mediów, dzięki którym informacje potrafią roznieść się po całej planecie w ciągu, niemal dosłownie, mgnienia oka.

Czemu jednak akurat wieści o domniemanych powikłaniach poszczepiennych zdobywają tak wielki posłuch? Czemu tak trudno przebić się solidnej, rzetelnej wiedzy, podpartej naukowymi badaniami podczas gdy anegdotyczne, nieracjonalne dowody zapadają tak łatwo w powszechną świadomość? Można by wręcz sformułować regułę, analogiczną do prawa Kopernika-Greshama. o tym, że wiedza tania i łatwa wypiera droga i trudną do zdobycia.

Wydaje się, że kluczem do tej asymetrii jest stara dobra natura ludzka, ukształtowana w czasach kiedy ewolucja biologiczna pracowała jeszcze nad kształtem człowieczego umysłu. Przygotowała go do zarządzania hominidem funkcjonującym w stadach dużych na tyle, że iskanie przestało być wydajnym sposobem zapewniania o lojalności. Hominidem o tak dużym potencjale, że umiejętność szybkiego gromadzenia i przekazywania innym wiedzy o otaczającym go środowisku wywindowała go na szczyt tak zwanej drabiny stworzenia. Plotka, przesądy i pierwotne religie zdobyły pozycję, której nic na długo nie było w stanie zagrozić.

(Na temat roli plotki jako godnego następcy iskania bardzo ciekawie opowiada Frans De Waal w książce “Bonobo i ateista”)

Rzeczywiście, rozmowy, jakie prowadzimy spędzając czas z bliskimi i znajomymi, dotyczą na ogół tematów, w których rozmówcy doskonale się zgadzają. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że tematy rodzinnych spotkań powtarzają się wciąż i wciąż: te same historie, te same choroby, anegdoty i żarty. Podobnie, jeśli zastanowimy się nad wiedzą, jaką przekazują nam rodzice, dziadkowie, koledzy z pracy, wielka jej część okaże się zbiorem przesądów, prostych reguł, których źródeł nie jesteśmy w stanie dociec. Jeśli przestraszysz się, robiąc zeza, oczy pozostaną już skrzyżowane. Mleko skwaśnieje po burzy. Pliki na pulpicie przesuwa się myszką z jednego folderu do drugiego. Najbezpieczniej jest na oświetlonych alejkach. Dieta białkowa jest najlepsza. Dieta białkowa szkodzi zdrowiu. Gluten szkodzi. Szczepionki powodują autyzm.

W ten sposób powróciliśmy do punktu wyjścia, trudno mieć jednak poczucie wytłumaczenia samego zjawiska. Czemu akurat teraz, nie zaś sto lat temu, tak wielu ludzi sprzeciwia się praktykom, których skuteczność potwierdziły nie tylko trudne do odczytania statystyki, ale żywe (dosłownie) dowody: kto z nas słyszał w ciągu ostatnich dwudziestu lat o dziecku, które umarło na świnkę albo odrę? Nikt i to powinno wystarczyć za dowód. A jednak nie wystarcza.

Przyznaję, że atrakcyjnym wytłumaczeniem tego powrotu do irracjonalizmu wydaje się właśnie tani, bezpośredni dostęp do informacji, której nie należy mylić z wiedzą, zwłaszcza zgromadzoną w postaci nauki. Internet ze swoimi zasobami w postaci forów, grup dyskusyjnych, przeróżnych stron z poradnikami czy recenzjami i wszelkich innych zbiorów informacji, które tworzą anonimowi dostawcy przypomina coraz bardziej pierwotną dżunglę czy sawannę. Wyszukiwarka dostarczająca bez wahania informacji na każdy temat, pozostawiając klienta z podstawowym dylematem: komu zaufać? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Kto pisze, bo wie, a komu jedynie wydaje się, że dzieli się wiedzą? Kto jest moim sprzymierzeńcem, kto zaś wrogiem? Potencjalnych wrogów jest bowiem mnóstwo: hakerzy, naciągacze, nieuczciwe firmy, korporacje, prawnicy, służby specjalne, przemądrzałe nastolatki.

Człowiek nowoczesny, zupełnie niczym człowiek pierwotny, potrzebuje prostych reguł, które pozwolą odróżnić mu dobro od zła. Tym bardziej, że zupełnie jak w pierwotnej dżungli, zlekceważenie zagrożenia może przynieść o wiele gorsze skutki, niż niedostrzeżenie szansy. Lepiej nie ryzykować skorzystania z pozornie atrakcyjnej oferty i zostać głodnym, niż wpaść w pułapkę i zostać zjedzonym. Złowieszcze informacje, zupełnie niczym cienie w wieczornym lesie budzą w nas lęk. W gąszczu, czy to roślinny, czy informacyjnym, potrzebujemy prostych reguł, które pozwolą nam przeżyć, choćby i w niezupełnym komforcie, i poczuciu niepełnego bezpieczeństwa, ale jednak żyć. Po co ryzykować autyzmem, przed którym tak wielu ostrzega? A przecież nikt nie widział chorego na polio czy ospę. Lepiej nie ryzykować szczepieniem. Po co jeść biały chleb, skoro tak często słyszy się, że gluten szkodzi? Lepiej nie ryzykować chorobą jelit. Lepiej być ostrożnym, na wszelki wypadek.

Wybór pomiędzy złym, a dobrym jest tym trudniejszy, że brakuje autorytetów, którym można bezwarunkowo zaufać, zarówno w kwestii wyborów dotyczących używania tej czy innej technologii, ale też właściwej diety czy postępowania medycznego. Dawniej naukowcy zawdzięczali swój rząd dusz sukcesom, jakie im zawdzięczano. Antybiotyki nie były w połowie XX wieku czymś danym i oczywistym, jak obecnie. Były osiągnięciem nauki. Chłodzone mięso, Kuchenki mikrofalowe, komputery stawiały życie na głowie. I pozwalały mówić “Ja, naukowiec” tym, którzy naukowcami byli. Teraz, cud techniki, jakim jest telefon komórkowy najczęściej pada ofiarą określenia “mój rupieć” albo “ten syf”. Zacina się, zawiesza, ma słabą baterię. Jego twórca jest zwykłym sługą klientów, nie zaś cudotwórcą, który obdarza ich łaską swojego geniuszu. Tym to dziwniejsze, im większa przepaść dzieli wykształconych inżynierów i naukowców, od zwykłych użytkowników telefonii komórkowej. Być może wyjaśnieniem tego paradoksu jest pozór dostępności wiedzy, jaki stwarza internet właśnie. Naukowiec, inżynier, artysta wydaje się taki, jak każdy, tylko bardziej. Każdy może przecież zbudować drona, napisać program komputerowy, nagrać piosenkę, opracować wpis do encyklopedii. Youtube pokaże, jak naprawić samochód, otworzyć zamek w drzwiach, zbudować bombę. Każdy może wszystko, przynajmniej potencjalnie. Nie trzeba mieć talentu, umiejętności. Wystarczy usiłować. I uzyskać potwierdzenie od znajomych, że te usiłowania lubią.

Rzecz jasna, część winy za upadek znaczenia nauki w życiu codziennym ponosi samo jej powodzenie w podniesieniu dobrostanu człowieka. Niegdyś spektakularne sukcesy w przedłużeniu życia, obniżeniu śmiertelności niemowląt, zwiększeniu wygody i przyjemności życia nie mają już szans na powtórkę. To już się stało. Naukowcy nie potrafią przedłużyć życia o kolejne sto lat, pokonać chorób, które trapią postarzałą gwałtownie ludzkość, rozwiązać skomplikowanych problemów, które trapią przeludnione kraje, poradzić sobie z następstwami olbrzymich ruchów migracyjnych czy skutkami powstania środków natychmiastowej wymiany myśli i koncepcji w rodzaju internetu czy sieci telefonii komórkowych. Jedyne, czym w świadomości przeciętnego zjadacza chleba się zajmują, to utrzymywaniem status quo i wydawaniem pieniędzy na wielkie zderzacze hadronów. A także służenie korporacjom, które niepostrzeżenie stały się podstawowym narzędziem bogacenia sie bogatych kosztem już biednych. Jednym słowem, naukowcy, lekarze, inżynierowie mogą się pieprzyć. Są skompromitowani i nikt dłużej nie ma ochoty ich słuchać. Powinno im wystarczyć to, że mogą dalej żyć.

Wrażenie, że możemy dać sobie radę bez darmozjadów w laboratoryjnych fartuchach bierze się też z efektu stanu zastałego: większość z tych, którzy kontestują teraz te czy inne stwierdzenia nauki, narodziła się już w czasach, kiedy jej osiągnięcia weszły do kanonu zdobyczy cywilizacyjnych, i stały się niemal nieodróżnialne od bogactw naturalnych. Chorób zakaźnych nie ma. Dzieci nie umierają w niemowlęctwie. Samochody jeżdżą, a samoloty latają. Tamy nie przeciekają. To jest cywilizacja, tak po prostu jest. Tym łatwiej jest zatem rozprzestrzeniać się kuriozalnym ideom, które w innym świecie po prostu przepadłyby w konfrontacji z rzeczywistością. Matki rozpaczające nad grobem kolejnego dziecka z radością przyjęłyby cudowny środek, który uchroniłby kolejne z jej potomstwa od śmierci, nawet za cenę tego, że być może któreś z nich będzie miało powikłania. Rolnicy umierający z rodzinami głodu po tym, jak zaraza spustoszyła pola w całym kraju umarliby jeszcze szybciej ze zdumienia, gdyby któryś ze zwolenników “zielonego rolnictwa” poinformował ich o istnieniu pestycydów, ale zabronił użycia, gdyż szczury karmione nimi w kilogramach umierają na raka.

Wszystko to jednak nie tłumaczy siły ruchów takich, jak anty GMO czy antyszczepionkowego. Nawet internet, jednoczący setki i tysiące mózgów na wszystkich kontynentach w błyskawicznie synchronizującą stan sieć nie jest w stanie wyjaśnić ich siły. Jest przecież tak wiele kuriozalnych idei, które szybko więdną, mimo iż padają na równie podatne gleby umysłów, jak te, które wyrastają potem w wielkie, krzewiące się niemal-religie. Myślę, że kluczem do powodzenia tego, czy innego zjawiska opierającego się na aktywności członków nowoczesnego, jednoczącego się przy pomocy internetu plemienia są, jak w przypadku tradycyjnych społeczności – charyzmatyczni przywódcy. Przewodzą wiecom, wyłuskują co wartościowsze pod względem potencjału propagacji idee i wiadomości, dbają o publiczny wizerunek plemienia, izolują jego członków od zawiłości rzeczywistych problemów, rozwiewają ewentualne wątpliwości. Przewodzą.

Co ciekawe i smutne zarazem, sam charakter idei, które mają największe szanse wzrastać okrzepłe ideologie jest siłą rzeczy destrukcyjny. Jako się wcześniej rzekło, najbardziej nośne, poruszające umysł i emocje nowoczesnego człowieka pierwotnego są zagrożenia, jako że zlekceważenie ich może potencjalnie przynieść katastrofalne skutki. Dobrostan, zdrowie, beztroska, jako stan pozornie pierwotny nie wydają się wymagać aż tak wielkiej uwagi. Podobnie, idee, których przyczynić by się mogło do wzrostu tychże nie wydają się aż tak kuszące, ich powodzenie bowiem nie jest tak atrakcyjne (będzie nam tylko przyjemnie, lepiej, spokojniej w razie powodzenia, ale przecież i tak jest już dobrze), zaś porażka będzie nas kosztowała zmarnowany wysiłek. Niczym w pierwotnej dżungli – ucieczka przed cieniem, może okazać się ucieczką przed rzeczywistym drapieżnikiem, zaś zjedzenie nieznanego owocu kosztować nas może zatrucie, lepiej więc przejść się dalej i zjeść stare, dobre jabłka.

Dochodzimy tym samym do źródeł optymistycznego, w gruncie rzeczy tytułu niniejszego eseju. Musimy mieć nadzieję, że niczym efeski szewc, przywódcy wstecznych, luddystycznych, antyracjonalistycznych internetowych plemion przejdą do historii jako szaleńcy, których żądza sławy czy sukcesu popchnęła do zbrodni: jak skazania na ślepotę milionów azjatyckich dzieci, którym odmówiono prawa do jedzenia modyfikowanego złotego ryżu czy wywołania nowych epidemii starych, dawno już pokonanych chorób zakaźnych. Oby nie stali się postaciami mitycznymi, do których modlić się będą nasi ponowocześni, pointernetowi potomkowie.

środa, 28 stycznia 2015

Parówka - opowiadanko

Wezwany do opublikowania "czegoś normalnego", wyszukałem takie oto, wyjątkowo krótkie dzieło ludzkiego mózgu. Nosi tytuł "Parówka", choć opowiada raczej o paznokciu.

 

Parówka

Znalazłem w parówce paznokieć. Nieduży, lecz chyba z kciuka. Nie powinno mnie to dziwić, bo przecież kupuję zawsze te najtańsze, z mięsa oddzielanego mechanicznie i tłuszczu wieprzowego. Przy oddzielaniu mięsa może się przecież przydarzyć, że do młynka wpadnie obluzowany paznokieć, a czasem zapewne nawet jakiś nieostrożny palec.

A jednak zastanowiłem się, zawiesiwszy w pół drogi musztardę na czubku chromowanego noża.

Kto bowiem maluje paznokcie na fioletowo z drobnymi, cytrynowo-zielonymi ornamentami w kształcie dzwoneczków? Tylko jakaś nierozsądna nastolatka, taka co ma dużo czasu i mało w głowie. Siedzi po pracy i zamiast poczytać Prousta, oddaje się dekoracji ciała. Zapewne ma też tatuaże. I kolczyki. W uszach, w wardze, być może w sutku, a nawet - kto wie - w łechtaczce! Ta współczesna młodzież, szkoda nawet gadać. W salonach piercingu można nabawić się niejednej zakaźnej choroby. A potem chwilka nieuwagi i już - infekcja wędruje na stoły konsumentów całej Europy. W tym również Jeleniej Góry.

I co zrobię, jeśli w tej parówce była kiła? Albo rzeżączka? Kogo potem mam ścigać po sądach, jeśli otwarte rany nie będą się chciały goić lub, co gorsza, zarażę którąś z moich partnerek? A chrząstki w nosie i uszach, bezpowrotnie utracone przy drugim rzucie choroby? Nieodwracalnie spróchniałe komórki mózgu? Nikt mi już zdrowia nie wróci!

Dlatego zdecydowałem się nie jeść dalej. Mnie nie stać na ryzyko. Znalazłem już adres i telefon zakładu utylizacji odpadków medycznych. Przyjadą jutro przed czternastą. Zabiorą pozostałe cztery i pół parówki i zajmą się nimi jak trzeba. By nie roznosić zarazy.

Paznokieć sobie zostawię, zapasteryzuję tylko w słoiku twist-off.

Poznam na pewno wkrótce kobietę bez tatuaży i kolczyków, a jednak skłonną udekorować się czasem odrobinkę. Będzie wtedy jak znalazł na wzór. Bo trzeba przyznać, że ten ciepły fiolet i chłodna, jasna zieleń wspaniale się razem komponują. Zwłaszcza na paznokciu.

 

wtorek, 27 stycznia 2015

Wnętrze autora

Na życzenie miłośników jelit i innych ważnych części ciała artysty, przedstawiam wnętrze autora femtopowieści pt."Powiedział, powiedziała".



using System;
using System.Collections.Generic;
using System.Linq;
using System.Text;

namespace Dialog

{
    class Program
    {
        static void Main(string[] args)
        {
            var title = "Powiedziała, powiedział";
            var by = "Program.cs";
            var dramatis_personae = new[] { "Jan", "Anna", "Marian" };
            var dramatis_personae_sex = new[] { "M","F","M" };
            var cur_person = 0;
            var questions = new[] { "Czy mięso już doszło", "Czy jestem dobrze uczesan[y/a/e]", "Czy twoja matka jest Żydówką", "Czy jesteś głodn[y/a/e]" };
            var cur_question = 0;
            var answers = new[] { "Nie jestem pew[ien/na/ne]","Nie wiem","Tak","Nie","Być może" };
            var cur_answer = 0;
            var sentences = new[] { "Jestem głodn[y/a/e]", "Wątpię", "Czuję się świetnie", "Chyba będzie padać" };
            var cur_sentence = 0;
            var random_events = new[] { "Ktoś zakaszlał","Wszyscy zamilkli","Jakiś pies zaszczekał","Chmury rozpierzchły się","Nikt nic nie powiedział","Wszyscy się uśmiechnęli" };
            var cur_event = 0;
            var events = new[] { "Słońce wschodziło", "Słońce stało wysoko na niebie", "Było coraz ciemniej", "Słońce zaszło" };
            var next_event = 0;
            var joints = new[] {" i",", jednak",", mimo że"};
            var cur_joint = 0;
            var adverbs = new[] { "z miłością", "wściekle", "cicho", "niczym oszalały pies", "z uśmiechem", "otwarcie", "z pewnym zaskoczeniem", "z pasją", "z drwiną" };
            var next_adverb = 0;
            var last_sentence = dramatis_personae.Select((x,i)=>i).ToDictionary(i=>i,i=>-1);
            var pre_last_sentence = dramatis_personae.Select((x, i) => i).ToDictionary(i => i, i => -1);
            var last_question = dramatis_personae.Select((x, i) => i).ToDictionary(i => i, i => -1);
            var pre_last_question = dramatis_personae.Select((x, i) => i).ToDictionary(i => i, i => -1);
            var r = new Random();
            Console.WriteLine(title);
            Console.WriteLine(by);
            var was_question = false;
            Console.WriteLine();
            while (next_event < events.Length-1)
            {
                Console.WriteLine(events[next_event]+".");
                var len = 10;
                do
                {
                    if (r.Next(10) <1 data-blogger-escaped-br="">                     {
                        Console.Write(Next(random_events, ref cur_event, r));
                    }
                    else if (was_question)
                    {
                        was_question = false;
                        if (r.Next(2) == 0)
                        {
                            var answer = Next(answers, ref cur_answer, r);
                            var person = Next(dramatis_personae, ref cur_person, r);
                            var sex = dramatis_personae_sex[cur_person];
                            var joint = "odparł[/a/o] {0}";
                            Console.Write("- {0} - {1}", Apply(answer,sex), Apply(joint, sex, person));
                            if (r.Next(3) == 0)
                                Console.Write(" " + Next(adverbs, ref next_adverb, r));
                        }
                        else
                        {
                            continue;
                        }
                    }
                    else if (r.Next(3) == 0)
                    {
                        was_question =true;
                        //question
                        var question = Next(questions, ref cur_question, r);
                        var person = Next(dramatis_personae, ref cur_person, r);
                        var sex = dramatis_personae_sex[cur_person];
                        var joint = last_question[cur_person] == cur_question ?
                                    pre_last_question[cur_person] == cur_question ?
                                    "powtórzył[/a/o] {0} znów" : Next(r, "powtórzył[/a/o] {0}", "zapytał[/a/o] {0} znów") : "zapytał[/a/o] {0}";
                        pre_last_question[cur_person] = last_question[cur_person];
                        last_question[cur_person] = cur_question;
                        Console.Write("- {0}? - {1}", Apply(question, sex), Apply(joint, sex, person));
                        if (r.Next(4) == 0)
                            Console.Write(" " + Next(adverbs, ref next_adverb, r));
                    }
                    else
                    {
                        var sentence = Next(sentences, ref cur_sentence, r);
                        var person = Next(dramatis_personae, ref cur_person, r);
                        var sex = dramatis_personae_sex[cur_person];
                        var joint = last_sentence[cur_person] == cur_sentence ?
                                    pre_last_sentence[cur_person] == cur_sentence ?
                                   "powtórzył[/a/o] {0} znów" : Next(r, "powtórzył[/a/o] {0}", "powiedział[/a/o] {0} znów") : "powiedział[/a/o] {0}";
                        pre_last_sentence[cur_person] = last_sentence[cur_person];
                        last_sentence[cur_person] = cur_sentence;
                        Console.Write("- {0} - {1}", Apply(sentence,sex), Apply(joint, sex, person));
                        if (r.Next(4) == 0)
                            Console.Write(" " + Next(adverbs, ref next_adverb, r));
                    }
                    if (r.Next(5) == 0)
                    {
                        var n2 = Next(random_events, ref cur_event, r);
                        var j = Next(joints, ref cur_joint, r);
                        var s = String.Format("{0} {1}{2}", j, n2.Substring(0, 1).ToLower(), n2.Substring(1));
                        Console.Write(s);
                    }
                    Console.WriteLine(".");
                } while (len-->0 && r.Next(9) != 0);
                next_event++;
            }
            Console.WriteLine(events[next_event] + ".");
            Console.ReadLine();
        }

        private static string Apply(string joint, string sex, params string[] args)

        {
            //"powtórzył[/a/o] {0}";
            var ptn = String.Format(joint, args);
            var sexvar0 = ptn.IndexOf('[');
            var sexvar1 = ptn.IndexOf(']');
            if (sexvar0 == -1) return ptn;
            var sv = ptn.Substring(sexvar0 + 1, sexvar1 - sexvar0-1).Split('/');
            var sexact = sex=="M"?sv[0]:sex=="F"?sv[1]:sv[2];
            return ptn.Substring(0, sexvar0) + sexact+ptn.Substring(1+sexvar1);

        }


        private static string Next(Random r, params string []choice)

        {
            var cur = 0;
            return Next(choice, ref cur, r);
        }

        private static string Next(string[] choice, ref int cur, Random r)

        {
            cur = (cur + 1 + r.Next(choice.Length - 1)) % choice.Length;
            return choice[cur];
        }
    }
}

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Powiedział, powiedziała

Ponieważ polskie komputery nie gęsi i też umieją pisać prozę, postanowiłem udzielić głosu mojej maszynie i pozwolić jej wyrazić się w sposób zrozumiały dla ogółu społeczeństwa. Nie ukrywam, że inspiracją było dzieło Nicka Montforta pt. "Zegar światowy".

Eksperymentalna femtopowieść mojego komputera pt. "Powiedział, powiedziała" traktuje o banalności doświadczanej przez ludzi, którzy nie potrafią wziąć się do porządnej roboty, a życie wydaje im się miałkie i pozbawione sensu.

Wszelakim malkontentom od razu wyjaśnię, że powtórzenia są zamierzone i symbolizują banalność i powtarzalność rozmów, zaś brak logicznego związku pomiędzy kwestiami wyraża problem niezrozumienia pomiędzy ludźmi i nieskuteczności rozmowy jako środka na nawiązanie komunikacji.

Oto dzieło:

Powiedział, powiedziała

Słońce wschodziło.

- Wątpię - powiedziała Anna.

- Jestem głodny - powiedział Jan.

Chmury rozpierzchły się.

- Czuję się świetnie - powiedział Marian z pewnym zaskoczeniem.

Nikt nic nie powiedział, mimo że ktoś zakaszlał.

- Wątpię - powiedziała Anna znów.

Wszyscy zamilkli i wszyscy się uśmiechnęli.

- Jestem głodny - powiedział Jan znów.

- Chyba będzie padać - powiedziała Anna otwarcie.

- Czy jestem dobrze uczesany? - zapytał Marian z miłością.

- Nie - odparła Anna otwarcie.

Słońce stało wysoko na niebie.

- Czy jesteś głodny? - zapytał Jan.

- Czy jestem dobrze uczesana? - zapytała Anna.

Wszyscy zamilkli.

Ktoś zakaszlał.

- Czy jesteś głodny? - zapytał Jan znów.

- Czy twoja matka jest Żydówką? - zapytała Anna.

Wszyscy się uśmiechnęli, jednak wszyscy zamilkli.

Było coraz ciemniej.

- Czy jestem dobrze uczesany? - zapytał Marian znów.

- Czy mięso już doszło? - zapytała Anna z miłością.

- Jestem głodny - powtórzył Jan znów.

- Czuję się świetnie - powiedział Marian znów niczym oszalały pies.

Ktoś zakaszlał, mimo że nikt nic nie powiedział.

- Wątpię - powiedział Jan cicho.

- Chyba będzie padać - powiedziała Anna znów.

Wszyscy się uśmiechnęli.

- Wątpię - powiedział Marian.

Słońce zaszło.



Program.cs - rocznik 2014, absolwent przedszkola komputerowego im. Jadwigi Ćwiklińskiej. Pisze od urodzenia, jednak to jego debiut w blogosferze.  

72 bzdury, ale nieźle podane


Ted Chiang robi z nas idiotów: pisze niezłe opowiadania zahaczające o prawdziwą, solidną naukę współczesną, a jednocześnie co chwila śmieje się z nas, kiedy z powagą zachwycamy się nad przeróżnymi bzdurami, które przedstawia jako prawdy objawione.

Można oczywiście powiedzieć to samo o każdym autorze, który swobodnie korzysta z prawa postmodernisty do traktowania nauki instrumentalnie, jako źródła dumnie brzmiących nazw (liczba urojona, horyzont zdarzeń), przerażających gawiedź twierdzeń (entropia zawsze rośnie, dusza waży 21 gramów) czy kontrowersyjnych teorii (człowiek pochodzi od drożdży, wolna wola ma naturę kwantową). Prawdą jest jednak, że Chiang nie tylko mistrzowsko doi naukę współczesną w poszukiwaniu nośnych tematów, ale też opanował do perfekcji sztukę demagogii, niezbędną do użycia nauki na ów postmodernistyczny sposób. Czytelnikowi nie będącemu specjalistą (lub przynajmniej zapalonym amatorem) w dziedzinie, z której Chiang akurat czerpie, ciężko jest wskazać konkretne, subtelne błędy w użyciu, czy poruszaniu się po tejże dziedzinie. Błędy, które, trzeba przyznać, są niezbędne, żeby opowieść nie rozpadła się na luźne, pozbawione większego sensu kawałki.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę zaraz kilka rzeczywistych przykładów z opowiadań Chianga, które doprowadziły mnie do tych, a także innych wniosków, głównie na temat natury czytelnika (czy ogólniej, konsumenta sztuki).

Zacznijmy choćby od „Co z nami będzie”. Chiang zastanawia się, co by się stało, gdyby można było przesyłać w przeszłość informacje o naszych wyborach. Powołuje w tym celu do życia „przewidywacz” (ang. Predictor), urządzenie, które przewiduje, czy wciśniemy przycisk i zapala lampkę na sekundę wcześniej. Według Chianga oznacza to, że wolna wola nie istnieje. Czemu? „Jeśli spróbujecie wcisnąć przycisk bez błysku, natychmiast zapali się lampka i, nieważne jak szybko próbujecie, nie wciśniesz przycisku przed upływem sekundy. Jeśli czekasz na lampkę, postanawiając nie wcisnąć przycisku, jeśli lampka się zapali, ona nigdy się nie zapala. Nieważne co zrobisz, lampka zawsze zapali się zanim wciśniesz przycisk. Nie możesz oszukać Przewidywacza”. Czy naprawdę, jeśli ktoś nam powie, że za rok kupimy sobie lody o smaku pistacjowym, będzie to oznaczało, że nie mamy wolnej woli? Czym to się różni od sytuacji, kiedy ktoś nam powiedział, że rok temu kupiliśmy lody pistacjowe. No tak serio? Jeśli ja wiem, że nakrzyczę na dziecko, kiedy stłucze wazon, to nie mam wolnej woli? A jeśli ktoś mi powie, że tym razem nie nakrzyczę i okaże się to prawdą, czy oznacza to, że jestem bezwolny? Bzdura i tyle. Wolnej woli nie mam, jeśli to, co robię jest zdeterminowane, czyli jednoznacznie wynika z tego, co już było. Chiang wyraźnie mówi, że chodzi o informację z przyszłości o tym, co wybierzemy. A zatem nawet wtedy wybór istnieje, co z tego, że możemy się dowiedzieć, jaki on będzie? Historyjka jest jednak zgrabna, zaś jej główna teza brzmi, jak rozumiem, „Jeśli pozbawimy się iluzji wolnej woli, cała ludzkość ma przefikane”.

Co ciekawe, Chiang dochodzi do dokładnie odwrotnych wniosków, rozważając istnienie wolnej woli w opowiadaniu „Historia twojego życia”. Wychodzi od zasady Fermata o najkrótszym czasie, w jakim promień światła przebiega drogę pomiędzy dwoma punktami na swojej trasie. Według fizyka, który w opowiadaniu przedstawia tę zasadę, oznacza ona, że „ promień światła musi wiedzieć, dokąd będzie docelowo zmierzał, zanim wybierze kierunek, w którym rozpocznie swój ruch”. Bohaterka, lingwistka, kojarzy tę kuriozalną (jak na fizyka, nie jak na postmodernistę) interpretację z zachowaniem, jaki podpatrzyła u obcych (kosmitów): otóż rozpoczynając wypowiedź wiedzą, jak będzie brzmiał jej koniec i zapisując zdanie na tablicy, rysują je nie w kolejności wypowiedzianych słów, ale tak, że dopiero ostateczny cel opisuje całe zdanie.

Pomińmy kwestię dlaczego obcy mieliby akurat porozumiewać się formułując zdania przetłumaczalne na ludzki i to wypowiadając je na głos układając liniowo słowa – takie już prawo autora: stworzyć świat tak, żeby było w ogóle o czym pisać. Przemilczmy również kontrowersyjny pogląd, że ludzie tak nie postępują (z wyjątkiem uczniów szkoły podstawowej, którzy pisząc wypracowanie, nie znają zakończenia zdania, rozpoczynając je). Otóż mnie zaskakuje rozwój wydarzeń, który autor przedstawia jako niekonieczny (inni lingwiści również mieli kontakt z obcymi i fizyką), ale możliwy: otóż lingwistka nabiera umiejętności takiej, jak domniemany promień światła: zna przyszłość, zanim ona w ogóle się zacznie. A jednak, tadam!, nie dostaje depresji. Nie popada w śmiertelną zadumę. Ona po prostu nie próbuje zmienić przyszłości, godzi się z nią, niczym foton, który wie, że pochłonie go za trzy miliardy lat siatkówka obserwatora, a jednak cierpliwie podąża naprzód, zamiast wybrać przy emisji ze stygnącego elektronu jakiś wygodniejszy kierunek. Opowiada zatem córce, co ją czeka, od młodości, aż do przedwczesnej śmierci. Wie to dokładnie, gdyż ćwiczyła holistyczne zapisywanie zdań.

I tu objawia się nam talent Chianga w pełnej krasie! Gdyby jakiś autorzyna zaserwował nam opowieść o mechaniku samochodowym, który w desperacji nalał do silnika samochodu wody, potem zaś zburzył wieże nowego WTC papierowym samolocikiem i pokonał agentów FBI zbryzgując ich w specjalny sposób wydzieliną swoich gonadów, uśmialibyśmy się, lub oburzyli (zależnie od tego, czy opowieść miała być komedią czy raczej dramatem obyczajowym). Czemu? Bo to bzdury, każdy odpowie. A jednak, kiedy Chiang opowiada bzdury o przewidywaniu przyszłości przez fotony lub natchnione lingwistki, dostaje Nebulę, Locusa i nagrodę im. Theodora Sturgeona. Czapki z głów, zupełnie serio. Bo przecież nie chodzi o fakty, nie piszemy tu artykułu naukowego? Nie to się liczy, co się opowiada, ale jak się to robi. Najwyraźniej Chiang robi to całkiem nieźle.

Jako ostatni przykład posłuży mi „Dzielenie przez zero”, opowieść o matematyczce, która odkrywa, że arytmetyka nie ma sensu. „Odkryłam formalizm, który pozwala zrównać każdą liczbę z każdą inną”, mówi. Nikt z matematyków, oprócz bohaterki, nie rozumie znaczenia jej odkrycia. Zaczyna być agresywna i nienawidzić swojego męża, a on przestaje ją w zamian kochać. „Dzielenie przez zero” ma opowiadać chyba o tym, że jeśli ktoś żyje nauką, a potem okazuje się, że zajmował się czymś bezprzedmiotowym, to można dosłownie oszaleć. Jednak Chiang wybrał sobie dziedzinę nauki tak niefortunnie, że musiał uciec się do wymyślenia swojej własnej matematyki, żeby jego opowieść miała jakikolwiek sens. W prawdziwej matematyce „odkryłam formalizm etc.” oznaczałoby, że nasza bohaterka wymyśliła inne znaczenie symboli 1, 2, 3 i tak dalej oraz że przekręciła znaczenie znaków +, =, <,> w taki sposób, że jest w stanie napisać 1=2 i nie oznacza to nic głupiego. I co z tego? Otóż w naszym świecie, nic z tego. Nijak to nie zmienia arytmetyki, bo w niej 1, 2, +, = i tak dalej, znaczą dokładnie to, co znaczą. Jednak w świecie opowiadania oznacza to dużo więcej. Dlatego Chiang musiał przekręcić znaczenie paru słów i faktów, żeby pokazać, jak totalne oddanie dziedzinie życia, która z dnia na dzień, dzięki twojej własnej pracy(!) staje się tylko pustosłowiem, źle wpływa na zdrowie psychiczne. Z mojego punktu widzenia, to właśnie czysto instrumentalne traktowanie dziedziny sztuki, jako zwykły rekwizyt. Gdyby Chiang napisał historię o sprzedawcy gofrów, który odkrył, że gofry tak naprawdę nie istnieją, a ludzie wokół są idiotami, myśląc, że jedzą coś rzeczywistego, wszyscy uznaliby, że zwariował głównie autor, a jeśli chodzi o bohatera, to zdecydowanie najpierw oszalał, a dopiero przez to uroił sobie, że sprzedawał dotąd powietrze. Z matematyką taki kit można wcisnąć bez trudu, bo kto tak naprawdę rozumie te wszystkie sinusy, całki i dzielenie przez zero?

Oczywiście, każdy zarzut użycia rekwizytu, czy zaprezentowania tematu niezgodnie z prawdą zawsze można odeprzeć powołując się na konieczność kreacji. Żaden film i żadna książka, nawet dokument, nie jest wiernym aż do znudzenia zapisem rzeczywistości. Żaden autor nie pokaże świata z każdej możliwej perspektywy, w najdrobniejszym możliwym detalu. Co więcej, żaden konsument nie chciałby uczestniczyć w sztuce, która w proporcjach jeden do jednego oddaje banał, rutynę i nudę rzeczywistego świata i życia większości jego mieszkańców. Który z czytelników miałby radość z czytania o nudnych, żmudnych śledztwach, zakończonych umorzeniem bądź aresztowaniem drobnego, głupiego oprycha? Kto chciałby oglądać przez dziesięć godzin dziesięciogodzinną podróż autem przez Europę, z setkami jednakowych miast, miasteczek, lasów i pól po drodze (oprócz Norwegów, rzecz jasna)? Kreacja jest sposobem, żeby ukryć to, co nużące i nudne oraz by umożliwić zaistnienie zdarzeń, które w rzeczywistości nie mogłyby zajść. Bo przecież, z jednej strony literatura, tak jak i wszystkie inne sztuki narracyjne, jest zbiorem odpowiedzi na pytania „co by było gdyby ...?” Z drugiej jednak strony, chodzi o sztukę właśnie. Najważniejsze są zatem emocje i refleksje, jakie będą udziałem konsumenta. Poprawność rozumowania czy precyzja opisu są niezbędne tylko w takich ilościach, jakie zapobiegną wynurzaniu się czytelnika czy widza ze świata, który właśnie poznaje.

Dlatego właśnie trudno Chianga potępić. Skoro dobrze bawimy się oglądając przygody Bonda tylko dlatego, że wspaniałym widowiskiem są, czemu mielibyśmy wybrzydzać na niewiarygodność fascynująco przedstawionego scenariusza kontaktu z obcymi? Zresztą, jako gatunek jesteśmy chyba stworzeni do powierzchownego przeżywania piękna i szczęścia. Gdyby było inaczej, nie traktowalibyśmy tak powszechnej fascynacji pięknem ludzkiej (czy ogólnie zwierzęcej) formy jako czegoś oczywistego i godnego pochwały tylko wtedy, gdy dotyczy wyłącznie formy zewnętrznej. My jednak boimy się tych, którzy piękno dostrzegają w lśnieniu świeżych jelit i parującej w chłodnym powietrzu poranka wątroby. I tak samo wolimy czytać nieprawdopodobne opowiadanka o matematykach, niż podręczniki pełne wzorów, twierdzeń i definicji. Bo, jak wszyscy wiedzą, matematyka – tak samo jak świeże, cieplutkie flaki - jest fascynująca tylko dla chorych psychicznie. O czym zresztą chyba opowiadała historyjka Chianga właśnie.

PS. Tak, jako początkujący autor-amator czuję zawiść o siedemset piętnaście nagród, które Chiang zdobył za swoje postmodernistyczne opowiadania. Co więcej, zdaję sobie również sprawę, że nie byłbym w stanie zdobyć nawet jednej z nich. Dalej jednak twierdzę, że Chiang robi z nas idiotów. W każdym razie z części z nas.

PS 2. Kiedy czytałem opowiadania w zbiorku, zastanawiałem się, czy nie są one rodzajem literackiego eksperymentu w stylu Alana Sokala, który opublikował kiedyś w czasopiśmie naukowym artykuł przedstawiający „koncepcję związków pomiędzy koncepcjami rozwoju społecznego, emancypacji i feminizmu oraz w szczególności dekonstruktywizmu a grawitacją kwantową” (za, przyznaję, Wikipedią). Kiedy wszyscy już niemal zaklaskali się na śmierć, Sokal zwrócił publicznie uwagę, że jego artykuł to stek bzdur, a wysłał go wyłącznie dla prowokacji. Nie poszedłem tym tropem zbyt daleko, gdyż, jako się rzekło, w literaturze zawsze będzie ważniejsze „jak”, niż „co”, inaczej wolno byłoby pisać wyłącznie relacje prasowe.

Tytuł: 7iedemdziesiąt 2wie litery (Siedemdziesiąt dwie litery)
Autor: Ted Chiang
tłumaczenie: Michał Jakuszewski, Jolanta Pers, Dariusz Kopociński, Agnieszka Sylwanowicz
wydawnictwo: Solaris
data wydania: 5 sierpnia 2010
ISBN: 978-83-7590-063-7
liczba stron: 384

Pierwotnie ukazało się na szortalu .


poniedziałek, 20 października 2014

Religia a fantastyka naukowa

Przeczytałem ostatnio w Nowej Fantastyce 10/2014 artykuł „Science Fiction w Aureoli”. Wawrzyniec Podrzucki daje w nim wyraz zdziwieniu częstą obecnością w literaturze science fiction „Boga, religii i transcendencji”, mówi wręcz o nadreprezentacji. Sąd swój zdaje się Podrzucki wywodzić głównie z poglądu, że religia jest niekompatybilna z nauką, ta zaś stanowi podwaliny fantastyki naukowej, zwłaszcza jej twardej odmiany.

Skąd przekonanie o owej „niekompatybilności”? Autor powołuje się na markiza Laplace, który ogłosić miał stwierdzenie o zbyteczności „hipotezy Boga” w nauce, a także wskazuje, że nauka opiera się na obserwacji zjawisk i polega na znajdywaniu takich ich tłumaczeń, które są ze wszystkimi obserwacjami zgodne. Nawet zdarzenia, które dla religii są cudami, wymagającymi wyjaśnień przyczynami nadnaturalnymi, nauka potrafi wytłumaczyć prawami przyrody, choćby musiała te prawa sformułować na nowo. Sprzeczności między nauką, a religią i wnioskami, jakie wyciągają z tych samych faktów są tak wielkie, że człowiek nie może być naraz naukowcem i osobą religijną.

Podrzucki omawia następnie krótko stosunek kościoła katolickiego do nauki na przykładzie nagrody Templetona. Wreszcie, podsumowując obszerny wstęp słowami „dla nauk empirycznych religia partnerem nie jest”, przechodzi do przykładów powieści science fiction, w których dużo jest „boskości, transcendencji i przeróżnych religijno-mistycznych odniesień”. Omawiając je wszystkie pobieżnie (z konieczności, bo miejsca niewiele już zostało) szybko przechodzi do konkluzji, że humanista może wszystkie te religijne tropy potraktować niedosłownie i nie popadać w konflikt z naukowym spojrzeniem na świat. Jako podsumowanie całego artykułu autor twierdzi, że Bóg zawsze pozostanie w science fiction obecny, jako że statutowym obowiązkiem tego gatunku jest przekraczanie granic ( czyli, jak można się domyślić, również w życiu codziennym nieprzekraczalnej granicy pomiędzy nauką, a religią). Jest to dozwolone dlatego, że science fiction nie jest związana żadnymi formalnymi i ścisłymi związkami z nauką.

„Fantastyka jest od tego, by zadawać pytania, które nauce nie przystoją”, konkluduje Podrzucki, zaprzeczając przy tym większości tez, które wcześniej postawił.

Co z tego wszystkiego wynika? Bardzo wiele, ale chyba najmniej na temat związków religii i science fiction.

Przede wszystkim bardzo wyraźnie widać, że autor przez naukę rozumie „nauki przyrodnicze”, zaś przez „religię” pojedynczy aspekt katolickiego chrześcijaństwa, czyli stwórczą i sprawczą rolę Boga we Wszechświecie, co jest z pewnością ułatwieniem, bo od razu pozwala przejść do jawnie fałszywego stwierdzenia, że nauka stoi w sprzeczności z religią i większość naukowców to ateiści, któremu to tematowi Podrzucki poświęcił znaczną część artykułu. A przecież wystarczy wiedza o metodzie naukowej na poziomie pierwszej klasy gimnazjum, żeby zrozumieć, że metodologia nauki fundamentalnie polega na abstrakcji od nieistotnych dla danej dziedziny elementów świata. Dlatego ekolog może prowadzić swoje badania nie wnikając w komórkową strukturę organizmów, zaś matematyk zajmujący się teorią liczb nie musi zastanawiać się nad konsekwencjami swoich prac w dziedzinie bezpiecznego transferu danych w internecie. Podobnie kosmolog może być katolickim księdzem(jak chociażby prof. ks. Heller). Geny, dryf kontynentalny czy gwiazdy działają tak, jak działają niezależnie od istnienia bądź nie istnienia Boga. Co więcej, jest to podstawowe założenie nauki, której z zasady nie obchodzą zjawiska nadnaturalne, jako nie dające się zbadać właśnie.

Można oczywiście twierdzić, że obserwując świat metodą naukową nie znaleziono żadnych śladów zjawisk nadnaturalnych (cudów etc.), a wręcz potrafimy podać szereg praw rządzących przyrodą na fundamentalnych poziomach. Stąd już tylko krok do trywialnego twierdzenia, które Podrzucki przyjmuje jako fakt podstawowy – „Cały jak dotąd zbadany Wszechświat[...] da się opisać i wyjaśnić bez odwoływania do siły wyższej”. Wynika to bowiem z założeń nauki, która zajmuje się wyłącznie zagadnieniami, wyjaśnialnymi i opisywalnymi w sposób zwany potocznie naukowym. A zatem zadawaniem pytań, „które nauce przystoją”. Dlatego też nauka nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania w rodzaju „Czy powstanie człowieka było w jakikolwiek sposób nieuniknione w trakcie ewolucji?”, „Czy istnieje wolna wola?” lub „Co znajduje się ‘na zewnątrz’ Wszechświata’?”. Dodatkowo, niektóre zjawiska nie są przez naukę obecnie opisywalne (na przykład natura świadomości) i jest wyłącznie kwestią wiary naukowców odpowiedź pozytywna na pytanie, czy kiedykolwiek opisywalne będą. Wystarczy jednak zapytać o sformułowanie praw na poziomach odpowiednio wysokich i nauka okazuje się bezradna. Przykłady: natura świadomości, pogoda na Ziemi, generalne prawa rządzące ewolucją darwinowską, problem ruchu więcej niż dwóch ciał w polach grawitacyjnych, kwestia pomiaru w mechanice kwantowej. Dlatego jako komentarz do poglądu, że nauka potrafi opisać wszystko wystarczy wspomnieć słowa przypisywane Lordowi Kelvin (choć również Albertowi Michelsonowi), że w „fizyce nie ma już nic nowego do odkrycia. Zostało nam już tylko przeprowadzanie coraz to dokładniejszych pomiarów”. Pięć lat po ich wypowiedzeniu Albert Einstein opublikował artykuł, w którym wyjaśnił efekt fotoelektyrczny jako rezultat kwantowej natury światła , a fizykę ogarnęła rewolucja, która trwa do tej pory. Czy zatem naprawdę możemy podpierając się stwierdzeniem, że nauka opisuje świat w pełni i wystarczająco, twierdzić, że religia i „hipoteza Boga” jest niepotrzebna?


Faktem jest, ze dawniej religie (na przykład chrześcijańska, ale też starożytnych greków dajmy na to) udzielały swoim wyznawcom wyjaśnień w tematach, które potem przejęła pod swoje skrzydła nauka. Wyjaśnienia te dalej funkcjonują jako mity, których pełno jest w większości religii. Jak widać jednak po tym, że kościoły dalej są pełne, wyjaśnienie powstania różnorodności zwierząt dzięki ewolucji darwinowskiej nie zmniejszyło wagi religii w życiu ludzkim (również bohaterów powieści science fiction). W szczególności, fakt nie mieszania się nauki w sprawy religii nie oznacza, że „Taka siła [czyli Bóg] nie istnieje”.

Kolejne niezrozumiałe twierdzenie, które przy okazji omawiania tematu pojawia się w artykule, głosi jakoby religia i nauka „startując z tej samej bazy dochodziły do całkowicie przeciwstawnych wniosków”. Aż chciałoby się zapytać, do jakich konkretnie wniosków dochodzą religie sprzecznych z wnioskami nauki i jakich dziedzin one dotyczą. Nawet jeśli można je wskazać, to z pewnością nie mają charakteru reguły, bo takie dziedziny jak astronomia, fizyka, chemia, nauki o Ziemi, matematyka w żaden sposób nie pozostają w dziedzinie zainteresowań istniejących religii, natomiast wszelkie interferencje w dziedzinach takich jak medycyna lub biologia dotyczą raczej etyki, którą większość lub każda z religii swoim wyznawcom narzuca. Kwestia etyki jest jednak w nauce niezależna od religii, bo nawet ateistyczna etyka narzuca naukowcom pewne ograniczenia (przeprowadzanie doświadczeń na ludziach budzi zwyczajne obrzydzenie, odpowiedzialność naukowców za stwarzanie niektórych możliwości również jest mniej lub bardziej oczywista). Przeciwnie więc, zwolennicy Dawkinsa i innych Humanistów dochodzą do podobnych wniosków co religia (na przykład sformułowań etycznych), wychodząc z zupełnie innych założeń.

Podsumowując: nauka rozszerza wyłącznie te obszary wiedzy, które jest w stanie rozszerzyć. W szczególności nie zajmuje się istnieniem czy właściwościami Boga (bogów i tak dalej), których właściwe im religie opisują jako transcendentne. Nie jest też w stanie i nie próbuje odpowiedzieć na większość pytań, na które odpowiedzi udzielają swoim wyznawcom religie. W żaden sposób religia z nauką nie konkuruje (mówiąc generalnie i pomijając niektóre konkretne osoby, którym ateizm lub religijny fundamentalizm narzuca jednocześnie program nie tylko naukowy, ale i życiowy), zaś naukowcy są ograniczani etyką (wynikającą czasem z religii, którą wyznają), nie zaś interpretacją faktów, które religia narzuca, pomijając rzecz jasna religijnych fundamentalistów, którzy odczytują swoje święte księgi w sposób pozwalający narzucić każdej formie życiowej aktywności niezbędne dla ich celów ramy i ograniczenia.

Bardzo ciekawym komentarzem do komplementarnej roli religii i nauki (wbrew twierdzeniom Podrzuckiego o ich sprzeczności) są zacytowane słowa Stevena Weinberga o tym, że im więcej wiemy o Wszechświecie tym bardziej wydaje się on bezsensowny. W tym mniej więcej widać ważną różnicę pomiędzy religią, a nauką. Ta druga nie poszukuje sensu, wręcz przeciwnie programowo odmawia zastanawiania się nad nim. Ta pierwsza doszukuje się w świecie między innymi sensu, ale nie stawia go w żaden sposób w opozycji do naukowego opisu. Dlaczego „czemu” miałoby w stać w jakiejkolwiek sprzeczności z „jak?” Co więcej, o tym, jak desperacko ludzie potrzebują odpowiedzi na pytanie o sens świata, świadczy ilość wyjaśnień w rodzaju zasady antropicznej.

Oczywiście, jako się wcześniej rzekło, naukowcy od czasów Darwina proponują zastąpienie religii nauką, wyprowadzeniem zasad etyczny z nauki, nie zaś z przykazań i tak dalej. Pomijając nieraz wojowniczy ton ich wystąpień (nieraz przypominających do złudzenia wystąpienia religijnych fundamentalistów), jest to jeden z poglądów na temat roli i zasięgu zainteresowań nauki, zdecydowanie jednak nie jedyny wyznawany przez naukowców.

W części artykułu, która nawiązuje do deklarowanej treści, autor przypomina kilka powieści, w których pojawiały się motywy religijne, wyłącznie po to jednak, żeby zwrócić następnie uwagę, że humanista może zinterpretować motywy te po ateistycznemu. Czemu? Nie umiem rzecz jasna powiedzieć, choć ciśnie się podejrzenie, że chodzi o pozostanie w zgodzie z pierwszą częścią artykułu, która miała dowodzić, że „science” jest równe ateizmowi, a zatem w science-fiction nie ma miejsca na religię. Wprawdzie autor stwierdza w ostatnim akapicie artykułu, że pomiędzy nauką, a fantastyką naukową nie istnieje „formalny i ściśle doprecyzowany związek”, zaś „fantastyka jest od tego, by zadawać pytania, które nauce nie przystają” nie zmienia to jednak faktu, że artykuł tezę „nigdzie indziej nie ma tyle o Bogu, religii i transcendencji” zbył prostym: „tak się tylko wydaje. Humaniści widzą, że chodzi o spojrzenie naukowe”.

A jak jest naprawdę? Czemu w science-fiction tak wiele jest „Boga, religii i transcendencji”? Aby stanąć twarzą w twarz z tym pytaniem, a nie próbować udać, że skoro kwestia ta jest wyłącznie paradoksem (czyli sprzecznością pozorną), nie ma się nad czym zastanawiać, trzeba by przytoczyć właściwe przykłady, a następnie zastanowić się nad owymi pytaniami, które fantastyka zadaje. Zaproponuję kilka, niekoniecznie najcięższych kalibrem.

Zacznijmy od „Dziewięciu miliardów imion Boga” Arthura C. Clarke’a z 1953 roku. Mnisi z klasztoru w Tybecie zamawiają w zachodniej firmie komputer, który ma wyliczyć wszystkie imiona Boga. Wierzą oni, że wszechświat powstał właśnie w tym celu i chcieliby przyspieszyć proces. Kiedy dwaj technicy wracają w doliny po zainstalowaniu komputera w klasztorze, na niebie zaczynają gasnąć gwiazdy. Ta zdumiewająco krótka nowelka jest doskonałym podkreśleniem licznych problemów z artykułem Podrzuckiego: po pierwsze pokazuje, ze istnieją inne religie, niż katolicyzm, po drugie, że pomiędzy nauką, a religią może istnieć ścisły związek (komputer jest dzieckiem nauki, a cel jego użycia jest ściśle religijny), po trzecie wreszcie, trzeba wyjątkowej odporności na myślenie, żeby zinterpretować gaśnięcie gwiazd humanistycznie i symbolicznie (ok, jest taka humanistyczna interpretacja: wszechświat skończył się właśnie dla mnichów i mogą już pójść do domów i zabrać się z powrotem za uprawę ryżu). Jeśli jednak założymy, że Arthur C. Clarke pomyślał o interpretacji dosłownej, nowelka stawia podstawowe pytania: Co, jeśli nauka nie opisuje wszystkiego? Co, jeśli religie nie kłamią? Co, jeśli to zabobonni (z punktu widzenia zachodu) mnisi mają akurat dostęp do prawdy, a nie naukowcy ze swoim przysłowiowym szkiełkiem i okiem? Zauważmy przecież, że pogląd, że nauka wystarcza do opisania wszechświata i odpowiedzi na wszystkie ważne pytania jest również aktem wiary. Wiary w naukę mianowicie.

Dalej, weźmy „Kieszeń pełną dharmy” Paolo Bacigalupiego z 1999 roku, czyli niemal pół wieku później. Mały chłopiec, żebrak, wchodzi w posiadanie kostki komputerowej, w której skopiowano osobowość Dalajlamy. Nie może on inkarnować, póki istnieje ta kopia. O kostkę walczą strony wielkiego politycznego konfliktu, a lekceważony przez nie chłopiec okazuje się przypadkiem władny podejmować decyzje nie tylko polityczne, ale i religijne. I znów, ateista powie „no i co z tego? Buddyści niech sobie sobie wierzą, a my wiemy swoje – to tylko kopia osobowości, a Boga przecież i tak nie ma”, a jednak pytania żadne w tekście są wyraźne i ważne: Jakie paradoksy powstają na styku technologii i religii? Czy religia to wyłącznie wiara jej wyznawców, czy jednak coś więcej, coś spoza naszego świata? Czy istnieje coś takiego, jak dusza? A jeśli tak, jak się zachowa, jeśli będziemy umieli kopiować umysły? A przecież brain-uploading czeka tuż za progiem i wszystkie poważne opracowania tego tematu unikają słowa ‘dusza’, jak tylko mogą. Kto zatem ma się tym zająć, jeśli nie science fiction?

I jeszcze przykład z naszego rodzimego podwórka, nie religijny wprawdzie, ale taki właśnie anty-naukowy pozornie, „Śledztwo” S. Lema z 1959. Zdecydowanie science-fiction, w którym główną rolę odgrywa właśnie nauka, a uosabiający ją doktor Sciss wyraźnie pokazuje prowadzącym tytułowe śledztwo policjantom, że nauka jest ograniczona w swych możliwościach tłumaczenia rzeczywistości, a zwłaszcza w znajdowaniu związków przyczynowo skutkowych. Potrafi formułować hipotezy i każdą z nich oceniać, nie zna jednak czegoś takiego jak ‘prawda’, zwłaszcza, jeśli ma do czynienia z jednorazowymi fenomenami takimi, jak zdarzenia,w sprawie których toczy się śledztwo (domniemane zmartwychwstania) Nauka potrafi opisać, zbadać statystycznie, znaleźć korelacje, ale wytłumaczyć „dlaczego?” nie jest w stanie. I pytania: jak człowiek wierzący w tę niereligijną religię, naukę, powinien zareagować na cud? Czy w miejscu, w którym kończą się możliwości nauki, zaczyna się już religia, czy może jest pomiędzy nimi jakaś ziemia niczyja, w której możemy jedynie być świadkami zdarzeń, ale nie mamy szans na choćby wiarę w tę, czy inną interpretację. Zarówno naukowcy, jak i kapłani przyzwyczaili nas bowiem do wyjaśnień, do tego, że zawsze można zrozumieć, a może tuż obok dzieją się rzeczy, które nie mają ani „po co?” ani „dlaczego?”.A może cud to test wiary w naukę, ta okazja do powstrzymania się od włożenia palca w ranę w jej boku, tylko trwania pod opoką racjonalności, która potrafi ochronić nas przed niebezpieczeństwami indeterminizmu i samodefiniowania się natury?

„Śledztwo” przywołałem tutaj rozmyślnie – nie tylko porusza niewygodny temat ograniczeń nauki i wiary, ale wskazuje, jak bardzo przyzwyczailiśmy się traktować naukę jako rodzaj religii, w której moc wierzymy, której kapłanom ufamy i której opiece powierzamy nasze zdrowie, pomyślność i szczęście. Pozwalamy jej podejmować za nas coraz więcej decyzji, posuwając się nawet do łamania takich tabu, jak natura wolnej woli, miłości czy szczęścia, czyli sfer , które dawniej, w ciemnych czasach religijnego zabobonu były nietykalnymi darami, nie zaś zjawiskami, których naturę musimy koniecznie, w imię postępu nauki, zrozumieć.

Na szczęście fantastyka naukowa przychodzi nam ochoczo z pomocą, kiedy trzeba zadać nie tylko poprawne naukowo, areligijnie sformułowane pytania o konsekwencje tej czy innej ścieżki, którą mógłby podążyć świat, ale również o kwestie nauce niedostępne, choć mocno przez nią zagrożone. I być może zadziwiający niektórych fakt, że „w Polsce więcej osób chce pisać fantastykę, niż ją czytać”, jest świadectwem, że decydujący, czyj głos zostanie usłyszany publicznie, kierują się w swoich wyborach kryteriami, które niekoniecznie zgodne są z potrzebami odbiorców. Może to między innymi wynikać z błędnego przekonania, że religię w science fiction należy odczytywać wyłącznie symbolicznie, przenośnie i humanistycznie, podczas gdy zarówno wielu pisarzom, jak i czytelnikom (wśród obydwu zaś grup naukowcom) w dalszym ciągu potrzebna jest hipoteza, że Bóg istnieje.


wtorek, 23 września 2014

Co trawi krowa?

Choć oczywistą odpowiedzią na tytułowe pytanie zdaje się „Trawę, rzecz jasna”, to przy bliższym przyjrzeniu się, krowa okazuje się być mięsożercą, a w każdym razie zwierzożercą. Trawę i wszystko inne, co przez wiecznie żujący pysk dostanie się do przewodu pokarmowego trawią (nomen omen)tak naprawdę bakterie, pierwotniaki, grzyby i co tam jeszcze w głębi krowy potrafi przeżyć. Oprócz pokarmu dostarczanego przez gospodarza, wcinają też mieszkańcy przeżuwacza siebie samych wzajemnie, tworząc pełnokształtny ekosystem, z drapieżnikami na szczycie i przysłowiową trawą na dnie. Ostatecznym drapieżcą jest (tak, to zaskakujące) sam gospodarz, trawiąc coraz to nowe nadmiary populacji zamieszkującej jego interiory.

Chciałoby się rzec: biedna mikroflora, hodowana na rzeź przez bezduszną rogaciznę, wiodąca nędzny, krótki żywot w cuchnących, ciemnych lochach żwaczy (czyli krowich żołądków), a następnie rozpuszczana w kwasach i całymi miriadami trawiona. O,niewinne orzęski, ameby i archonty! Nigdy nie ujrzą dziennego światła, nie poczują wiatru na rzęskach (hektolitry metanowych wiatrów wytwarzanych codziennie w krowich żołądkach z pewnością nie są wystarczająco romantyczne), nie poczują, jak to jest być wolną bakterią! A jednak, można by zastanowić się, czy względnie spokojne życie w ciepłej, wilgotnej komorze fermentacyjnej, do której właściciel regularnie dostarcza pokarmu i wody nie jest przyjemniejsze (a w każdym razie mniej stresujące) od walki o przetrwanie w jakiejś sadzawce czy na trawniku. Nie trzeba martwić się o wilgotność, temperaturę, składniki odżywcze czy drapieżników. Można rosnąć w siłę, a że ktoś kiedyś orzęska strawi - cóż, w kałuży i na trawniku też by strawił, co z tego, że nie krowa, tylko widłonóg? Za to przed śmiercią – warunki wręcz cieplarniane!

Czy zatem to krowa wykorzystuje swoich naiwnych lokatorów, czy może właśnie orzęski i cała reszta drobnicy szantażem i groźbą głodowej śmierci skłaniają swojego gospodarza do okazania mieszkańcom żwacza najwyższej troski?

Powstanie krowy wymagało wejścia w komitywę
z olbrzymią armią mikrobów

Nie trzeba doktoratu z biologii, a nawet matury, żeby domyśleć się (lub wiedzieć), że krowa (choćby jako organizm wielokomórkowy, do tego lądowy, do tego ssak) pojawiła się na naszej planecie o wiele później niż pierwotniaki, bakterie czy grzyby. I nie chodzi o lata czy tysiąclecia, ale o lat setki milionów. Powstanie krowy (i innych przeżuwaczy, oczywiście) wymagało zatem wejścia przodków tej grupy w komitywę z olbrzymią armią mikrobów, które miały odtąd wykonywać ciężką pracę trawienia wszystkiego, co w inny sposób niestrawne (celulozy, ligniny i tak dalej). Rzecz jasna, żwacz obfituje w endemity, które najlepiej czują się w tym właśnie środowisku, jednak z pewnością wymarcie wszystkich przeżuwaczy nie oznaczałoby kresu orzęsków, bakterii czy grzybów. Ot, jeszcze jedno, wygodne, trzeba przyznać, siedlisko, ale nic więcej. Można by porównać taką katastrofę ekologiczną z dawna oczekiwanym megatrzęsieniem ziemi w Kalifornii. Jeszcze jeden raj pochłonięty przez morze razem z jego czterdziestoma milionami beztroskich mieszkańców i ich sadami pomarańczowymi. Dla rasy ludzkiej strata równie wielka, jak dla mikrobów wymarcie przeżuwaczy.

Idąc dalej tropem tego porównania, możemy zastanowić się na chwilę skąd wzięło się coś takiego, jak Kalifornia i jej sady pomarańczowe, dzielnice willowe i multipleksy? Tak, stworzyli je ludzie. Potem oczywiście oduczyli się żyć gdziekolwiek indziej (dlatego wszyscy zginą w megatrzęsieniu ziemi zamiast przenieść się przewidująco parę lat wcześniej na Alaskę lub do Meksyku), jednak sam kraj stworzyli ludzie i od tej pory żyją sobie razem, Kalifornia i Kalifornijczycy. Może zatem to raczej mikrospryciarze, orzęsek z amebą, stworzyli sobie krowę, konia i wszystkie inne antylopy, żeby nie martwić się więcej o własny komfort i bezpieczeństwo, zrzucając te troski na przeżuwaczy, którzy ze strachu przed głodem nie skubną rumianku(bakteriobójczy) czy majeranku(jak wyżej), a wody będą szukać tym uparciej, im bardziej potrzebna będzie ich faktycznym żywicielom? Jedni nie mogą żyć bez drugich, ale to orzęski były na świecie pierwsze. I z protokrowy stworzyły krowę. Wyhodowali ją. Po prostu.

Spróbujmy użyć tej odwróconej perspektywy w stosunku do gatunków, które podobnie mikrobiologiczna menażeria krowie, służą człowiekowi i to nie w roli ofiar rabunkowej gospodarki, tak typowej dla zachłannego gatunku ludzkiego, lecz hodowanych na skalę masową surowców. Zaczynając od lawendy, przez tulipany i czosnek, aż po ostrygi, pstrągi i bananowce. Te i setki innych gatunków człowiek udomowił poprzez tysiące pokoleń dobierając te egzemplarze, które były najbardziej skłonne do współpracy: dawały najwięcej skrobi, aromatów bądź białka lub po prostu przyjemności z oglądania, wąchania czy jedzenia. Genetyczna modyfikacja na skalę, o jakiej nie śniło się najzagorzalszym przeciwnikom GMO doprowadziła do powstania nie tylko niewyobrażalnych dla laika ilości odmian zarówno roślin, jak i zwierząt, ale i związków, pomiędzy człowiekiem, a organizmami, które ujarzmił.

To orzęski wyselekcjonowały sobie mądre krowy

Co ciekawe, w przypadku wielu z tych gatunków relacje z człowiekiem przypominają te, które łączą krowę i mieszkańców hotelu „Żwacz”, jak choćby dbałość o dobrobyt podopiecznych. Wspomniany wyżej rumianek nie jest konsumowany przez przeżuwaczy z bliżej nieokreślanej awersji, ale z troski właśnie nie tyle o siebie, ile bakterie-żywiciele. Głupią krowę, której bakteriobójczy rumianek smakowałby bardziej od trawy, drobnoustroje, które się z nią pechowo związały, ukarałyby swoją własną śmiercią, a wraz z nią zmniejszoną ilością kalorii (zwanych w przyrodzie „połową sukcesu”). Na dłuższą metę gwarantuje to wyeliminowanie podobnie nierozsądnych zachowań z gatunkowego repertuaru praktycznie do zera. To orzęski wyselekcjonowały sobie mądre krowy, nie na odwrót.

A mówimy przecież nie tylko o rumianku. Chodzi o setki gatunków innych roślin (i ogólnie odpowiednią dietę), a także nakłonienie gospodarza do zapewnienia odpowiednich warunków hodowli: temperatury, kwasowości, wilgotności, nie mówiąc już o całej krowiej anatomii podporządkowanej w większości jednemu celowi, czyli efektywnemu przygotowaniu posiłku całej mikroflorze, którą potem wystarczy strawić, choć i to odpowiedzialnie, żeby nie zjeść wszystkiego na raz. Kto zatem kogo zmodyfikował? Krowa orzęska, czy orzęsek krowę?

Ludzie, jeśli wierzyć statystykom FAO, najbardziej zależą (w tym samym sensie, co krowa od pierwotniaków) od dwóch gatunków roślin: kukurydzy (głównie pośrednio, jako paszy dla krów i jedzenie dla kinomanów) i ryżu (tutaj już głównie jako pokarmu dla ludzi). Uprawa i konsumpcja zbóż jest naszym sposobem na korzystanie z energii wysyłanej w kosmos przez Słońce (jakże rozsądnie czczone przez starożytnych Egipcjan, zaś w naszych czasach głównie obarczane winą za nowotwory skóry). Gdyby jedynym żartem, jaki zdecydowali się zrobić ludziom bardzo potężni kosmici, było nagłe usunięcie tych trzech zbóż z ziemskiej flory, problemy z przeludnieniem rozwiązałyby się w czasie nie dłuższym, niż pół roku, a w krajach przywiązanych do tradycji pogrzebu i stypy najzamożniejszymi grupami społecznymi staliby się grabarze, kwiaciarze i restauratorzy (ci, którzy żywili się głównie orzeszkami arachidowymi, rzecz jasna. Mięso produkowane jest głównie przez zwierzęta karmione zbożami, więc i jego by zabrakło).

O ile hodowla kukurydzy wydaje się przedsięwzięciem względnie prostym: wykarczować las, zaorać powstałe pole, zasiać ziarna, poczekać aż wzejdą i dorosną (usuwając przy tym z pola wszystkich gapowiczów), i w końcu zebrać dojrzałe kłosy ziarna, z których część zostanie ponownie zasiana, reszta zaś dostarczy energii rolnikowi i wszystkim, którzy zechcą kupić jego towar.

Drugie z głównych źródeł energii dla człowieka współczesnego: ryż jest dużo bardziej wymagającym partnerem. Przed zasiewem ziarno należy namoczyć, zasadzić w glebie z obornikiem, zalać pole wodą, zapewnić co najmniej 5 centymetrów wody przez okres wzrostu, rozdzielać wzrosłe siewki, po 4 miesiącach osuszyć pole, zebrać plony, uff... Dla utrudnienia zadania można jeszcze w polu ryżowym hodować tilapie, których odchody są cennym dla ryżu nawozem. Wygląda na to, że człowiek uzależnił się od gatunku, który w zamian za jedną piątą kalorii dostarczaną bezpośrednio ludziom na całym świecie, zażądał opieki tak skrupulatnej, że zapewnienie ciepłego żołądka i odpowiedniej temperatury wydaje się szczytem ostentacji ze strony krowy w stosunku do swoich faktycznych żywicieli. Jaka krowa miałaby cierpliwość swoje orzęski sadzić, rozsadzać, pielęgnować i nawozić, ręcznie, zgięta w pół, brodząc po zalewowych polach pełnych robaków obłych, płaskich i pierścieniowych? Za to człowiek swojemu podstawowemu dostawcy kalorii rozścieła niemalże czerwone dywany, przeznaczając na jego potrzeby olbrzymią ilość ziemi, jedną trzecią zasobów słodkiej wody (w skali globu!) oraz mnóstwo pracy, rzecz jasna.

I znowu powstaje pytanie: kto komu pozwolił się podporządkować? Bo choć prawdą jest, że człowiek przez tysiąclecia wybierał te siewki, które po dorośnięciu dawały najlepszy plon i wywierał nacisk na tyle silny, że przekształcił ryż z budzącego nadzieję kandydata na zboże w gwiazdę numer jeden agrokultury, to aż do XXI wieku nie udało się hodowcom zmienić upodobania tego super-zboża do zalewowych teras i ciepłego klimatu. Może to zatem nie człowiek udomowił ryż, ale sam został upolowiony (mój własny słowotwór, od słowa „pola”) przez makiawelicznego sługę i jego kuzynów.

Te trzy zboża razem, ryż, kukurydza i pszenica, wywarły na homo sapiens nacisk selekcyjny, który trudno przecenić: wszystkie ludy „cywilizowane” (czyli te, które założyły cywilizacje oparte na rolnictwie) zostały przesiane przez gęste sito diety opartej na skrobi, jedynym dotąd źródłem kalorii możliwym do wyprodukowania w ilościach masowych. Do XX wieku osobniki gatunku ludzkiego, które nie były zdolne trawić tego wielocukru lub białek z nim dostarczanych, skazane były na śmierć przed osiągnięciem wieku reprodukcyjnego. Co więcej, plemiona (narody, społeczeństwa, kultury) na tyle głupie, żeby pozwolić zbożom uschnąć, zgnić, spłonąć czy zostać zjedzonym w całości, musiały ustąpić miejsca tym, które nie miały podobnych problemów. Zboża wyhodowały sobie mądrego, przewidującego i roztropnego rolnika! Rzecz jasna nikt nie mówi o świadomej hodowli, takiej, jaką przeprowadzał w odwrotną stronę sam rolnik (kłos każdego z dzikich przodków naszych zbóż waży nie więcej niż jedną dwudziestą ich przemysłowo uprawianego potomka), jednak do czasu wieku dziewiętnastego, dobór zbóż przez rolnika był również raczej nieskoordynowany i oparty na prostych zasadach (wybierz ziarna z największych kłosów i je zasiej, z nich będą duże plony, resztę zjedz zimą), podobnie, jak dobór ludzi przez zboża (nie karm tych, którzy nie umieją cię strawić, niech zdechną z głodu, pozostali zadbają o ciebie i siebie przy okazji).

Nikt nie ma ochoty żyć ze świadomością,
że został wyhodowany przez ryż

Oczywiście takie odwrócenie perspektywy zakrawa na herezję, bo nikt nie ma być ochoty żyć ze świadomością, że został wyhodowany przez ryż. Widać, że grubą to nitką szyte: człowiek, który uprawia sztukę, sport i filozofię miałby być tylko produktem ubocznym dążenia kilku traw do chronicznej otyłości ziaren? Nigdy! To przecież człowiek i jego kultura są sensem istnienia naszej mateczki Ziemi. Tylko czy na pewno? Jeśli spojrzeć z perspektywy dłuższej niż te kilkadziesiąt tysięcy lat (licząc zachłannie czasy chowania się po jaskiniach i polowania na przysłowiowe mamuty, choć tak naprawdę głównie zające), człowiek jest jedynie epizodem w historii zwanej życiem na Ziemi, podobnie zresztą jak ryż i reszta trawiastego towarzystwa. Sądząc po lubości, z jaką homo sapiens hurtowo i detalicznie zabija swoich pobratymców, będzie miał olbrzymie trudności z dołączeniem do elity tych nielicznych gatunków, które trwają na naszej planecie dłużej niż kilka milionów lat. Czy tylko dlatego, że archeologowie przyszłości będą wykopywali ze wspołczesnych nam osadów raczej betonowe pozostałości miast, niż namuły zalewowych teras, powinniśmy uznać, że owe terasy są mniej istotnym wytworem ziemskiego życia, niż miasta?

Żeby rozstrzygnąć ten dylemat, należałoby ustalić jakoś, który z gatunków odniósł większy życiowy sukces: oriza sativa czy homo sapiens? Odpowiedź na to pytanie wymagałaby najpierw uzgodnienie kryterium owego sukcesu: liczba osobników żyjąca w jednej chwili na Ziemi? Liczba aktywnych w danej chwili genów? Przepływającej przez wszystkie osobniki gatunku energii rocznie? Powierzchnia pól ryżowych jest siłą rzeczy mniejsza, niż powierzchnia zajmowana przez inne wytwory kultury człowieka, bo trzeba też doliczyć pola pszeniczne, buraczane i kukurydziane. I plantacje kawy. Jeśli wierzyć danym statystycznym FAO, roczna produkcja ryżu (samego ziarna) to ponad 500 mln ton. To z grubsza tyle, ile ważą wszyscy ludzie, którzy żyją na Ziemi. Z tym, że rocznie rodzi się ich nie więcej niż 5 mln ton,a ryż to nie tylko ziarno, lecz jeszcze części zielne. Mówiąc prościej: zboża żyje na Ziemi dużo więcej, niż człowieka.

Z drugiej strony oczywistym dowodem większego sukcesu dwunożnego naczelnego wydaje się jego przemożny wpływ na biosferę, wprawdzie chwilowy (w skali geologicznej) i dewastujący (w skali biologicznej), ale niezaprzeczalny. Żaden gatunek nie zabił jeszcze tylu innych gatunków, żaden nie stopił na własną rękę lodowców, ani nie podniósł poziomu mórz. Idąc tym tropem można zastanawiać się czy winą za owe sukcesy nie należy jednak obarczyć tych, którzy dostarczają człowiekowi środków niezbędnych do życia? Z drugiej strony postępowanie ludzkości, mimo iż nierozważne (w sensie gatunkowym i planetarnym), to wynika z namysłu i celowych starań, a ryż jest po prostu wyrafinowaną, bezmyślną fabryką skrobi napędzaną baterią słoneczną. Czym jednak jest napędzany ów namysł człowieczy, jeśli nie ekspresją genów w niespełna dwulitrowej, tłustej galarecie wypełniającej czaszki?

Bardzo możliwe, że odpowiedź pytanie o to, kto kogo sobie podporządkował, ryż człowieka czy odwrotnie, zależy przede wszystkim od tego, kto jej udziela. Osobiście jestem bardziej niż przekonany, że gdyby zboże potrafiło mówić, powiedziałoby, że Wielki Chiński Mur jest elementem jego własnego rozszerzonego fenotypu, nie zaś ogrodników z gatunku homo sapiens.