W tym roku ukazały się cztery antologie, w których skład wchodzą moje opowiadania. Przypadkiem, trzy z nich dzieją się w Łodzi, czy to wprost, czy tylko (jak w przypadku "Windy") w sensie prawdziwych historii, na których zostały oparte.
W "Fantazmatach I" znalazło się opowiadanie pod tytułem "Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym", historyjka o duchu policjanta, który zanim straci resztki człowieczeństwa, próbuje jeszcze przeprowadzić śledztwo. Rzecz dzieje się w Łodzi, w czasach naszych, jak i dawnych, kiedy jeszcze dymiły kominy fabryk. Antologia dostępna jest wyłącznie jako ebook.
"City 4" to antologia opowiadań grozy miejskiej. Moja "Winda" opowiada o czasie spędzonym pomiędzy piętrami jednego z akademików. A także o wielu innych sprawach poruszonych w tym czasie przez uwięzionych w niej ludzi. Co ciekawe, wszystkie te historie są zupełnie prawdziwe. Lub prawie zupełnie. Na szczęście dla mnie, tylko o nich słuchałem, a potem zagarnąłem dla siebie i czytelników. Tutaj dziękuję Magdzie S. za pozwolenie na ich użycie. Antologia dostępna jest między innymi na stronie wydawcy.
Dla uczczenia 25. edycji Międzynarodowego Festiwalu Fantastyki w Nidzicy ukazała się antologia "Kroki w nieznane Rakietowej krowy". Jednym z opowiadań w niej zamieszczonych jest mój "Odlot Florencjusza Tłuszcza", historia o wytwórcy bestsellerów, który zadarł z półświatkiem fantastów. To nie miało szans się dobrze skończyć.
I wreszcie "Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2018". Moje opowiadanie, "Zużyć przed marcem 1998", to ponura fantazja na zupełnie prawdziwy, jeszcze bardziej ponury temat : łódzkiego getta. Opowiada o dziennikarskim śledztwie w sprawie kolorowych zdjęć z czasów drugiej wojny światowej. Dostępna jest między innymi na stronie wydawcy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Science Fiction. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 sierpnia 2018
Obrazki z pojutrza w "Nowej Fantastyce"
Nadrabiając zaległości, notuję tutaj, że w majowej "Nowej Fantastyce" ukazały się cztery moje opowiadania w mini antologii pod tytułem "Obrazki z pojutrza". Nie są powiązane fabularnie, tematycznie ani w żaden inny sposób, oprócz tego, że fantazjują o światach niezbyt odległych od naszego, czy to w sensie czasowym, czy obyczajowym. Jest tam opowieść o samotnej wycieczce do parku narodowego, o mężczyźnie, który zbyt mocno tęskni za kobietą, o stacji kosmicznej, która korzysta z porad terapeuty, a także o marnym losie sprawcy wypadku samochodowego.
niedziela, 26 listopada 2017
15 milionów
„15 milionów” to z pozoru dystopia o społeczeństwie złamanych, samotnych ludzi. Pozostają pod kontrolą „systemu”, pedałując donikąd na stacjonarnych rowerach, które mają ponoć zasilać ich świat. Jeśli ktoś zatrzyma się w tym miejscu, to raczej szkoda czasu na oglądanie jeszcze jednego „1984” czy „Nowego wspaniałego świata” dla ubogich, bo okrojonego do pięćdziesięciu minut monotonnego filmu.
Lepiej spojrzeć nieco szerzej, poszukać inspiracji. Weźmy takie „Dogville”, z jego zaskakującą scenografią. Nie umiem sobie wyobrazić, że ktokolwiek uznałby je za film o miasteczku, w którym ściany narysowane są kredą na ziemi. Niezależnie od intencji reżysera, ja odbieram ten zabieg jako względnie prosty sposób pokazania jednocześnie wszystkiego, co dzieje się w miasteczku. Daje to przy okazji komentarz do niektórych scen („W tym czasie wszyscy inni zajęci byli swoimi sprawami”), ale też pozwala zorientować się, że w takiej wsi wszyscy zawsze wszystko wiedzą. Ściany są tylko umownymi granicami przestrzeni, rodzielają „moje” od „twojego”.
Nie inaczej jest z „15 milionami”. Nie ma sensu traktować sześciennych przestrzeni mieszkalnych wyłożonych ekranami dosłownie jako wizji przyszłości. Przecież jednakowe, jak spod sztancy mieszkania wypełnione monitorami i reklamami to codzienność olbrzymiej części ludzkości, która sama siebie ma za szczęśliwszą od tej, która skazana jest na życie w miejscach w rodzaju afrykańskiej wioski. Podobnie nie ma sensu dosłownie traktować jazdy stacjonarnym rowerem jako źródła energii, bo każdy rozsądny człowiek wie, że więcej trzeba tej energii zjeść w postaci kalorii, niż się uzyska w postaci elektryczności. Taniej byłoby już spalić jedzenie i uzyskać z niego prąd. Zatem i codzienne pedałowanie warto potraktować raczej zarówno jako symbol. Bezsensownej, pozbawionej konkretnego celu pracy, która jest udziałem wielu tak zwanych korposzczurów, jak też siłownianego wysiłku, który ma dać im namiastkę aktywności fizycznej. Abstrakcyjne „Merity” nagradzające lojalność, posłuszeństwo, podporządkowanie się reklamom odpowiadają zarówno naszym pieniądzom, jak i lajkom, czy punktom gromadzonym na setkach kart lojalnościowych.
Znów patrzymy na groteskowo narysowany nasz własny świat i mamy szansę zastanowić się nad sobą, przeglądając się w czarnym lustrze. Kogo w nim ujrzymy? Znudzonych spokojnym, pozbawionym wzywań życiem ludzi. Dorosłe dzieci, które z ochotą poddają się rutynie i rytuałom, nie zmuszane do wyborów większych, niż jakie ubranie kupić. Relacje międzyludzkie sprowadzone są do pogawędek w kantynie i na siłowni. To bardzo bezpieczne i spokojne życie. Nie grozi złamanym sercem, głodem czy odpowiedzialnością za głupie decyzje. Jeśli zaś komuś potrzeba marzeń, zawsze może pomarzyć o sławie na jednym z kanałów wideo. Brzmi znajomo? Tak, to opis naszego świata, ludzi początku XXI wieku. Nie wszystkich rzecz jasna, nie chodzi o głupią generalizację, ale o obraz olbrzymiej grupy ludzi, pozbawionych poczucia sensu życia. Abstrakcyjna praca w abstrakcyjnym świecie za abstrakcyjne pieniądze.
Z drugiej strony, miejsce, w którym każdy ma co jeść i gdzie spać, gdzie nie grozi przemoc, ani choroba ma swoją nazwę: „Raj”. O ile tylko nie zabieram się za rzucanie wyzwań gospodarzom nie grozi nam nic. Tak naprawdę jedynym, czego powinniśmy się obawiać, jest właśnie wyrzucenie z Raju jako kara za nieposłuszeństwo. Za skorzystanie z wolności.
Co zatem stanie się sensem życia, jeśli po usunięciu wszelkich niebezpieczeństw trafimy do bezpiecznego, monotonnego świata „15 milionów”? Być może właśnie nic. Być może na tym właśnie polega ta najgłębsza tragedia człowieka, że absolutne bezpieczeństwo wymaga oddania całej wolności i nie zostaje już nic do zrobienia. Bo przecież i nauka, i sztuka, i kultura, wszystkie one zajmują się tym, co człowieka boli, co człowiekowi grozi, na co narzeka lub co go męczy. Z drugiej strony, mamią się ludzie wzajemnie możliwościami usunięcia każdego możliwego problemu i zagrożenia. Leczą miliony chorób, budują urządzenia wykonujące za nas każdą możliwą czynność, obiecują coraz szybsze podróże, coraz efektywniejszą pracę, coraz prostszy przekaz (precz z symbolami i interpretacją!). „15 milionów” przerysowuje właśnie tę jedną manię: dążenie do życia bezpiecznego, pozbawionego zagrożen i wyzwań. Ryzyka. Samotność jest bezpieczniejsza od związku, nie grozi bowiem zawodem ani porzuceniem. Tania rozrywka jest bezpieczniejsza od kultury wysokiej, nie grozi bowiem zmarnowanym, w razie nie zrozumienia przekazu, czasem ani pieniędzmi. Kanapka od pana kanapki… I tak dalej.
Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji, ze sprzeczności pomiędzy bezpieczeństwem a wolnością? Bohaterowie „15 milionów” nie szukają go. Nie uciekają, nie buntują się. Zapewne z poczucia bezpieczeństwa właśnie. Być może z braku lepszego pomysłu. Jak cofnąć się z tak wygodnego miejsca, z czego zrezygnować? Z czego my byśmy zrezygnowali, żeby odzyskać sens życia? Z antybiotyków? Internetu? Telefonii komórkowej? A może chodzi o to, że nie ma dokąd uciec, bo sami przecież ze zdobyczy cywilizacji nie zrezygnujemy. Wszyscy w Bieszczady nie wyjadą, nie starczy owiec i trawy dla każdego, kto chciałby zacząć od nowa, bez reklam, rowerów treningowych i kanapek pana kanapki.
Jedno jest jednak pewne – cywilizacja, społeczeństwa, narody to zawsze ktoś konkretny. Zanim dotrzemy do miejsca, w którym „15 milionów” nie będzie już groteską, ale rzeczywistością, będziemy musieli się zgodzić na mnóstwo zmian, ustępstw. Zrezygnować z tej lub innej swobody, takiej czy innej wolności. Oddać możliwość wyboru. Nie zawsze, rzecz jasna, jest w naszej mocy powstrzymać przemianę, jednak do pewnego stopnia świat, w którym żyjemy, zależy od nas. Część mostów palimy sami. Warto o tym pomyśleć, zanim posłuchamy kolejnej reklamy. W końcu największą wolnością, którą posiadamy, jest wolność myślenia.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E02 „Fifteen million merits” (15 milionów)
reż. Euros Lyn
Wielka Brytania, 2011
Lepiej spojrzeć nieco szerzej, poszukać inspiracji. Weźmy takie „Dogville”, z jego zaskakującą scenografią. Nie umiem sobie wyobrazić, że ktokolwiek uznałby je za film o miasteczku, w którym ściany narysowane są kredą na ziemi. Niezależnie od intencji reżysera, ja odbieram ten zabieg jako względnie prosty sposób pokazania jednocześnie wszystkiego, co dzieje się w miasteczku. Daje to przy okazji komentarz do niektórych scen („W tym czasie wszyscy inni zajęci byli swoimi sprawami”), ale też pozwala zorientować się, że w takiej wsi wszyscy zawsze wszystko wiedzą. Ściany są tylko umownymi granicami przestrzeni, rodzielają „moje” od „twojego”.
Nie inaczej jest z „15 milionami”. Nie ma sensu traktować sześciennych przestrzeni mieszkalnych wyłożonych ekranami dosłownie jako wizji przyszłości. Przecież jednakowe, jak spod sztancy mieszkania wypełnione monitorami i reklamami to codzienność olbrzymiej części ludzkości, która sama siebie ma za szczęśliwszą od tej, która skazana jest na życie w miejscach w rodzaju afrykańskiej wioski. Podobnie nie ma sensu dosłownie traktować jazdy stacjonarnym rowerem jako źródła energii, bo każdy rozsądny człowiek wie, że więcej trzeba tej energii zjeść w postaci kalorii, niż się uzyska w postaci elektryczności. Taniej byłoby już spalić jedzenie i uzyskać z niego prąd. Zatem i codzienne pedałowanie warto potraktować raczej zarówno jako symbol. Bezsensownej, pozbawionej konkretnego celu pracy, która jest udziałem wielu tak zwanych korposzczurów, jak też siłownianego wysiłku, który ma dać im namiastkę aktywności fizycznej. Abstrakcyjne „Merity” nagradzające lojalność, posłuszeństwo, podporządkowanie się reklamom odpowiadają zarówno naszym pieniądzom, jak i lajkom, czy punktom gromadzonym na setkach kart lojalnościowych.
Znów patrzymy na groteskowo narysowany nasz własny świat i mamy szansę zastanowić się nad sobą, przeglądając się w czarnym lustrze. Kogo w nim ujrzymy? Znudzonych spokojnym, pozbawionym wzywań życiem ludzi. Dorosłe dzieci, które z ochotą poddają się rutynie i rytuałom, nie zmuszane do wyborów większych, niż jakie ubranie kupić. Relacje międzyludzkie sprowadzone są do pogawędek w kantynie i na siłowni. To bardzo bezpieczne i spokojne życie. Nie grozi złamanym sercem, głodem czy odpowiedzialnością za głupie decyzje. Jeśli zaś komuś potrzeba marzeń, zawsze może pomarzyć o sławie na jednym z kanałów wideo. Brzmi znajomo? Tak, to opis naszego świata, ludzi początku XXI wieku. Nie wszystkich rzecz jasna, nie chodzi o głupią generalizację, ale o obraz olbrzymiej grupy ludzi, pozbawionych poczucia sensu życia. Abstrakcyjna praca w abstrakcyjnym świecie za abstrakcyjne pieniądze.
Z drugiej strony, miejsce, w którym każdy ma co jeść i gdzie spać, gdzie nie grozi przemoc, ani choroba ma swoją nazwę: „Raj”. O ile tylko nie zabieram się za rzucanie wyzwań gospodarzom nie grozi nam nic. Tak naprawdę jedynym, czego powinniśmy się obawiać, jest właśnie wyrzucenie z Raju jako kara za nieposłuszeństwo. Za skorzystanie z wolności.
Co zatem stanie się sensem życia, jeśli po usunięciu wszelkich niebezpieczeństw trafimy do bezpiecznego, monotonnego świata „15 milionów”? Być może właśnie nic. Być może na tym właśnie polega ta najgłębsza tragedia człowieka, że absolutne bezpieczeństwo wymaga oddania całej wolności i nie zostaje już nic do zrobienia. Bo przecież i nauka, i sztuka, i kultura, wszystkie one zajmują się tym, co człowieka boli, co człowiekowi grozi, na co narzeka lub co go męczy. Z drugiej strony, mamią się ludzie wzajemnie możliwościami usunięcia każdego możliwego problemu i zagrożenia. Leczą miliony chorób, budują urządzenia wykonujące za nas każdą możliwą czynność, obiecują coraz szybsze podróże, coraz efektywniejszą pracę, coraz prostszy przekaz (precz z symbolami i interpretacją!). „15 milionów” przerysowuje właśnie tę jedną manię: dążenie do życia bezpiecznego, pozbawionego zagrożen i wyzwań. Ryzyka. Samotność jest bezpieczniejsza od związku, nie grozi bowiem zawodem ani porzuceniem. Tania rozrywka jest bezpieczniejsza od kultury wysokiej, nie grozi bowiem zmarnowanym, w razie nie zrozumienia przekazu, czasem ani pieniędzmi. Kanapka od pana kanapki… I tak dalej.
Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji, ze sprzeczności pomiędzy bezpieczeństwem a wolnością? Bohaterowie „15 milionów” nie szukają go. Nie uciekają, nie buntują się. Zapewne z poczucia bezpieczeństwa właśnie. Być może z braku lepszego pomysłu. Jak cofnąć się z tak wygodnego miejsca, z czego zrezygnować? Z czego my byśmy zrezygnowali, żeby odzyskać sens życia? Z antybiotyków? Internetu? Telefonii komórkowej? A może chodzi o to, że nie ma dokąd uciec, bo sami przecież ze zdobyczy cywilizacji nie zrezygnujemy. Wszyscy w Bieszczady nie wyjadą, nie starczy owiec i trawy dla każdego, kto chciałby zacząć od nowa, bez reklam, rowerów treningowych i kanapek pana kanapki.
Jedno jest jednak pewne – cywilizacja, społeczeństwa, narody to zawsze ktoś konkretny. Zanim dotrzemy do miejsca, w którym „15 milionów” nie będzie już groteską, ale rzeczywistością, będziemy musieli się zgodzić na mnóstwo zmian, ustępstw. Zrezygnować z tej lub innej swobody, takiej czy innej wolności. Oddać możliwość wyboru. Nie zawsze, rzecz jasna, jest w naszej mocy powstrzymać przemianę, jednak do pewnego stopnia świat, w którym żyjemy, zależy od nas. Część mostów palimy sami. Warto o tym pomyśleć, zanim posłuchamy kolejnej reklamy. W końcu największą wolnością, którą posiadamy, jest wolność myślenia.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E02 „Fifteen million merits” (15 milionów)
reż. Euros Lyn
Wielka Brytania, 2011
sobota, 25 listopada 2017
Zaraz wracam
„Zaraz wracam”, pierwszy odcinek drugiej, również krótkiej serii, formalnie opowiada o technicznej możliwości odzyskania zmarłych poprzez stworzenie ich kopii. Bohaterka, opierająca się zachętom do sprawienia sobie surogatu zmarłego męża, zmienia zdanie, kiedy orientuje się, że zostanie matką pogrobowca. Najpierw piszą tylko z mężem maile, potem rozmawiają przez telefon, w końcu zamieszkują razem: ona i cielesna kopia mężczyzny. Niedoskonała, rzecz jasna, utworzona w najlepszym staraniu na podstawie nader bogatych śladów, jakie zostawił po sobie: w fejsbuku, mailach, nagraniach video, a nawet strych dobrych zdjęciach. I znów, ponieważ oglądam serial z opóźnieniem, rzeczywistość depcze już po nogach fantastyce i łatwo znaleźć firmy, które oferują już podobne usługi. Jak na razie wyłącznie w fazie rozmów przez czat, ale zapewne i dalsze kroki już są rozważane.
Możemy rzecz jasna zatrzymać się na etapie ostrzeżenia przed walką z naturalnymi etapami żałoby i zastanowić się nad konsekwencjami pseudo-klonowania ludzi. Odcinek udziela wyraźnej odpowiedzi na pytanie „czy warto?” (nie warto), jednak jest to odpowiedź twórców, własnej odpowiedzi każdy musi udzielić sobie, rzecz jasna, sam. Wolę jednak zadać sobie inne pytania, które wymagają nieco mniej dosłownego podejścia do filmu, i tak już oszczędnego w środkach wyrazu, jak to w "Black Mirror" bywa.
Na przykład: a jeśliby potraktować śmierć męża nieco mniej dosłownie? Nie wiemy tego na pewno, ale zapewne padł ofiarą fejsbuka, zginął bowiem w wypadku samochodowym, a był od używania aplikacji uzależniony. Gdyby zatem pominąć samochód i po prostu przyjąć, że „przepadł dla fejsbuka”, możemy wtedy opowiedzieć historię zupełnie inaczej: kobieta postanawia porzucić męża, który zupełnie uzależnił się od sieci. Radzi sobie z samotnością całkiem nieźle, nie jest bowiem od mężczyzny uzależniona finansowo: ma swoją pracę, dom i rodzinę, w której się wychowała. Kiedy jednak dowiaduje się, że jest w ciąży, zaczyna potrzebować kogoś, z kim mogłaby dzielić się szczęściem. Dlatego nawiązuje z byłym mężem kontakt i nagle zaczyna go rozumieć. Już wie, co widział w tych sieciowych znajomościach. Nie mają trosk, życie upływa im na przyjemnych rozmowach, można by rzec, że ze związku czerpią tylko to, co dobre, chociaż nie wszystko co dobre, mogą czerpać. Dlatego maile zastępują wkrótce telefonem, ten z kolei starym, dobrym ciałem. W sensie mentalnym jest ono jednak wyposażone wyłącznie w to, co zmarły pozostawił po sobie w sieci i na nagraniach wideo. Nie musimy więc opierać się możliwości potraktowania go jako sieciowej reprezentacji męża z którą można bez końca uprawiać seks w zaciszu domu, ale nie da rady wziąć go na randkę pokazać rodzinie, ani polegać na jego życiowej mądrości. Każdy rozpozna w tym opisie jakiegoś znajomego, któremu kontakty w sieci zastąpiły te prawdziwe. Z zewnątrz, jak przez teatralną czwartą ścianę, widać wyraźnie, że cyfrowe surogaty są dla niego prawdziwymi ludźmi, chociaż przed światem, zupełnie jak bohaterka, starają się je schować na strychu, udając, że prowadzą normalne w życie. Tam na strychu to tylko myszy. Tam w fejsbuku tylko sprawdzam lajki.
Jeśli pójdziemy krok dalej, możemy dostrzec bohaterkę w każdym, kto ulega presji, żeby zwirtualizować kontakty ze światem. W tramwaju i w samochodzie rozmawiać przez fejsbuk, z rodziną kontaktować się przez smsy, porzucić tęsknotę w podróży na rzecz rozmów video. Każdy, kto ulega takiej presji, kończy z surogatami ludzi trzymanymi na prywatnym strychu swoich kont w sieciach społecznościowych. A o tym, kto jest wspólnym znajomym dowiadujemy się dzięki podpowiedziom samych sieci, bo przecież naprawdę nigdy byśmy się w trójkę nie spotkali. Może zatem „Zaraz wracam” nie jest wcale o „nich”, tylko o nas? Bo każdy z nas myśli, że zaraz wróci do świata, a potem okazuje się, że nie można tak po prostu zamknąć konta na fejsbuku, bo tam mamy przecież kontakt ze światem. Lub może to tam ma z nami kontakt świat. Zostaje tylko zapytać: „który świat?”. Bo skoro utopiony w wannie telefon nie kończy fizycznie naszego życia, czyni je tylko nieznośnym, nie jest to może świat aż tak ważny?
To jednak nie koniec amatorskich filozoficznych pytań, bo przecież analogia z fejsbukiem to żadna analogia, odrzuciliśmy tylko dosłowność śmierci, na rzecz „śmierci dla świata”. Pójdźmy jeszcze dalej i potraktujmy dosłownie śmierć. Użyjmy science fiction jako wehikułu, który pomoże nam coś zrozumieć: jak to jest oszaleć po stracie bliskiej osoby. Oczywiście nam, ludziom zupełnie zdrowym trudno jest sobie wyobrazić jak to jest mieć zwidy i halucynacje. Dlatego twórcy pytają nas: a wiecie jak to jest kontaktować się z kimś wyłącznie przez fejsbuk? Wiecie jak to jest rozmawiać z kimś tylko przez telefon? Wyłącznie przez skype? A może zdarzył wam się seks z kimś kogo znacie wyłącznie poprzez sieć? Tak, jak w filmie. Seks z kimś, którego tak naprawdę nie ma obok, który nie zasypia zaraz potem, a przedtem ma przez całą noc erekcję i niespożyte siły. Nawet jeśli tego nie znacie, na pewno łatwiej to sobie wyobrazić, niż szaleństwo, które sprowadza na człowieka te same objawy, ale bez sieci.
Jeśli zatem użyjemy analogii do kontaktu wyłącznie poprzez sieć, łatwiej zrozumiemy, jak to jest oszaleć. Rozmawiać, pisać listy, kochać się z kimś, kto tak naprawdę nie istnieje. Wszystko to w wyobraźni, we własnym świecie oszalałego z bólu mózg. Rzecz jasna, każdy świat tworzony jest przez mózg. Nie trzeba szaleństwa, żeby rozmawiać się i kochać z kimś, kto nie istnieje. Obraz naszego partnera jest przecież tworzony przez nas samych. To w naszym umyśle ktoś jest głupi lub mądry, atrakcyjny albo odrażający, leniwy bądź pracowity. Zakochani skłonni są ignorować wady, a wyolbrzymiać lub wręcz imaginować sobie zalety przedmiotu swoich uczuć. Zgorzkniali widzą wokół siebie głupców i nieudaczników. Nadopiekuńczy rodzice nie potrafią zorientować się, że dzieci dorosły. „To przecież również choroby”, powie ktoś, jednak granica pomiędzy chorobą i zdrowiem jest w przypadku mózgu nad wyraz cienka. Nawet jeśli nie kwalifikujemy się do leczenia na oddziale zamkniętym, być może warto zastanowić się nad tym, co widzimy i do kogo mówimy. Zwłaszcza, że dziwactwa i skrzywienia, które przed światem chowamy na strychu, mają na niego tak naprawdę wpływ i to nie tylko bezpośrednio poprzez nas.
Przypomnieć nam może o tym ostatnia scena „Zaraz wracam”: uroczystość urodzinową narodzonego w końcu pogrobowca. Przyjęcie odbywa się na strychu, w którym matka trzyma swojego wyimaginowanego męża. „Zjem jego porcję”, mówi solenizantka wchodząc po drabinie, jednak podejmuje grę. Dzieci bowiem nie mają wyboru i zawsze muszą podejmować gry, w które grają ich rodzice. Wychodzą potem na świat, ale zawsze już zostają przynajmniej jedną nogą na strychu, na którym się wychowały.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S02E01 „Be right back” (Zaraz wracam)
reż. Owen Harris
Wielka Brytania, 2013
Możemy rzecz jasna zatrzymać się na etapie ostrzeżenia przed walką z naturalnymi etapami żałoby i zastanowić się nad konsekwencjami pseudo-klonowania ludzi. Odcinek udziela wyraźnej odpowiedzi na pytanie „czy warto?” (nie warto), jednak jest to odpowiedź twórców, własnej odpowiedzi każdy musi udzielić sobie, rzecz jasna, sam. Wolę jednak zadać sobie inne pytania, które wymagają nieco mniej dosłownego podejścia do filmu, i tak już oszczędnego w środkach wyrazu, jak to w "Black Mirror" bywa.
Na przykład: a jeśliby potraktować śmierć męża nieco mniej dosłownie? Nie wiemy tego na pewno, ale zapewne padł ofiarą fejsbuka, zginął bowiem w wypadku samochodowym, a był od używania aplikacji uzależniony. Gdyby zatem pominąć samochód i po prostu przyjąć, że „przepadł dla fejsbuka”, możemy wtedy opowiedzieć historię zupełnie inaczej: kobieta postanawia porzucić męża, który zupełnie uzależnił się od sieci. Radzi sobie z samotnością całkiem nieźle, nie jest bowiem od mężczyzny uzależniona finansowo: ma swoją pracę, dom i rodzinę, w której się wychowała. Kiedy jednak dowiaduje się, że jest w ciąży, zaczyna potrzebować kogoś, z kim mogłaby dzielić się szczęściem. Dlatego nawiązuje z byłym mężem kontakt i nagle zaczyna go rozumieć. Już wie, co widział w tych sieciowych znajomościach. Nie mają trosk, życie upływa im na przyjemnych rozmowach, można by rzec, że ze związku czerpią tylko to, co dobre, chociaż nie wszystko co dobre, mogą czerpać. Dlatego maile zastępują wkrótce telefonem, ten z kolei starym, dobrym ciałem. W sensie mentalnym jest ono jednak wyposażone wyłącznie w to, co zmarły pozostawił po sobie w sieci i na nagraniach wideo. Nie musimy więc opierać się możliwości potraktowania go jako sieciowej reprezentacji męża z którą można bez końca uprawiać seks w zaciszu domu, ale nie da rady wziąć go na randkę pokazać rodzinie, ani polegać na jego życiowej mądrości. Każdy rozpozna w tym opisie jakiegoś znajomego, któremu kontakty w sieci zastąpiły te prawdziwe. Z zewnątrz, jak przez teatralną czwartą ścianę, widać wyraźnie, że cyfrowe surogaty są dla niego prawdziwymi ludźmi, chociaż przed światem, zupełnie jak bohaterka, starają się je schować na strychu, udając, że prowadzą normalne w życie. Tam na strychu to tylko myszy. Tam w fejsbuku tylko sprawdzam lajki.
Jeśli pójdziemy krok dalej, możemy dostrzec bohaterkę w każdym, kto ulega presji, żeby zwirtualizować kontakty ze światem. W tramwaju i w samochodzie rozmawiać przez fejsbuk, z rodziną kontaktować się przez smsy, porzucić tęsknotę w podróży na rzecz rozmów video. Każdy, kto ulega takiej presji, kończy z surogatami ludzi trzymanymi na prywatnym strychu swoich kont w sieciach społecznościowych. A o tym, kto jest wspólnym znajomym dowiadujemy się dzięki podpowiedziom samych sieci, bo przecież naprawdę nigdy byśmy się w trójkę nie spotkali. Może zatem „Zaraz wracam” nie jest wcale o „nich”, tylko o nas? Bo każdy z nas myśli, że zaraz wróci do świata, a potem okazuje się, że nie można tak po prostu zamknąć konta na fejsbuku, bo tam mamy przecież kontakt ze światem. Lub może to tam ma z nami kontakt świat. Zostaje tylko zapytać: „który świat?”. Bo skoro utopiony w wannie telefon nie kończy fizycznie naszego życia, czyni je tylko nieznośnym, nie jest to może świat aż tak ważny?
To jednak nie koniec amatorskich filozoficznych pytań, bo przecież analogia z fejsbukiem to żadna analogia, odrzuciliśmy tylko dosłowność śmierci, na rzecz „śmierci dla świata”. Pójdźmy jeszcze dalej i potraktujmy dosłownie śmierć. Użyjmy science fiction jako wehikułu, który pomoże nam coś zrozumieć: jak to jest oszaleć po stracie bliskiej osoby. Oczywiście nam, ludziom zupełnie zdrowym trudno jest sobie wyobrazić jak to jest mieć zwidy i halucynacje. Dlatego twórcy pytają nas: a wiecie jak to jest kontaktować się z kimś wyłącznie przez fejsbuk? Wiecie jak to jest rozmawiać z kimś tylko przez telefon? Wyłącznie przez skype? A może zdarzył wam się seks z kimś kogo znacie wyłącznie poprzez sieć? Tak, jak w filmie. Seks z kimś, którego tak naprawdę nie ma obok, który nie zasypia zaraz potem, a przedtem ma przez całą noc erekcję i niespożyte siły. Nawet jeśli tego nie znacie, na pewno łatwiej to sobie wyobrazić, niż szaleństwo, które sprowadza na człowieka te same objawy, ale bez sieci.
Jeśli zatem użyjemy analogii do kontaktu wyłącznie poprzez sieć, łatwiej zrozumiemy, jak to jest oszaleć. Rozmawiać, pisać listy, kochać się z kimś, kto tak naprawdę nie istnieje. Wszystko to w wyobraźni, we własnym świecie oszalałego z bólu mózg. Rzecz jasna, każdy świat tworzony jest przez mózg. Nie trzeba szaleństwa, żeby rozmawiać się i kochać z kimś, kto nie istnieje. Obraz naszego partnera jest przecież tworzony przez nas samych. To w naszym umyśle ktoś jest głupi lub mądry, atrakcyjny albo odrażający, leniwy bądź pracowity. Zakochani skłonni są ignorować wady, a wyolbrzymiać lub wręcz imaginować sobie zalety przedmiotu swoich uczuć. Zgorzkniali widzą wokół siebie głupców i nieudaczników. Nadopiekuńczy rodzice nie potrafią zorientować się, że dzieci dorosły. „To przecież również choroby”, powie ktoś, jednak granica pomiędzy chorobą i zdrowiem jest w przypadku mózgu nad wyraz cienka. Nawet jeśli nie kwalifikujemy się do leczenia na oddziale zamkniętym, być może warto zastanowić się nad tym, co widzimy i do kogo mówimy. Zwłaszcza, że dziwactwa i skrzywienia, które przed światem chowamy na strychu, mają na niego tak naprawdę wpływ i to nie tylko bezpośrednio poprzez nas.
Przypomnieć nam może o tym ostatnia scena „Zaraz wracam”: uroczystość urodzinową narodzonego w końcu pogrobowca. Przyjęcie odbywa się na strychu, w którym matka trzyma swojego wyimaginowanego męża. „Zjem jego porcję”, mówi solenizantka wchodząc po drabinie, jednak podejmuje grę. Dzieci bowiem nie mają wyboru i zawsze muszą podejmować gry, w które grają ich rodzice. Wychodzą potem na świat, ale zawsze już zostają przynajmniej jedną nogą na strychu, na którym się wychowały.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S02E01 „Be right back” (Zaraz wracam)
reż. Owen Harris
Wielka Brytania, 2013
poniedziałek, 20 listopada 2017
Cała twoja historia
„Black mirror” nie jest typową fantastyką naukową. Spekulacje czy fantazje, które są podstawą tego gatunku, nie odchodzą tu najczęściej zbyt daleko od świata, w którym żyjemy i mogą być odczytane co najwyżej jako ostrzeżenia przed rozwojem tej czy innej technologii.
Jeśli jednak porzucimy nasze przywiązanie do realizmu i potraktujemy serial nieco teatralnie, możemy odczytać opowiadane historie w kontekście naszej rzeczywistości. Wtedy „Black mirror” stanie się serią mini dramatów antropologicznych czy socjologicznych z rekwizytami w postaci wynalazków kojarzonych z SF i mniej lub bardziej antyutopijnymi scenografiami rodem z tego gatunku.
Nie inaczej jest z trzecim odcinkiem pierwszej serii („The Entire History of You”). Przygląda się on chorobliwie zazdrosnemu mężowi ze wszczepką doskonałej pamięci wzrokowej i słuchowej. Nieszczęśnik nęka siebie samego i otoczenie wspomnieniami zdrad żony zgromadzonymi zarówno przez siebie, jak i innych. Historię można odczytać dosłownie, jako eksperyment myślowy rozważający skutki udoskonalenia mózgu pamięcią doskonałą. Wnioski nie są przesadnie odkrywcze: pamięć doskonała byłaby przekleństwem. Znamy chorobliwie zazdrosnych ludzi, którzy potrafią swoją chorobą unicestwić dowolnie silny związek. Wydaje się, że robią to właśnie głównie rozpamiętując wszystko, co pamiętają i doszukując się w swych wspomnieniach potwierdzeń swoich podejrzeń. Technologia, która pozwala wyposażyć nas w miliardy dodatkowych śladów pamięciowych z pewnością okaże się nieopanowanie pociągająca dla takich osób.
Można by nawet uogólnić i stwierdzić, że technologia bardzo często pozwala rozdmuchiwać nasze skłonności czy cechy do rozmiarów absurdalnych. Pornografia, rock and roll, McDonald, twitter, whiskey z lodem – wszystko to przykłady sposobów na folgowanie naturalnym skłonnościom ludzkiego mózgu, możliwe wyłącznie dzięki rozwoju kultury, nauki i techniki. Pornografia jest eskalacją seksualności ludzkiego mózgu, a twitter – uwielbienia plotkowania. Widać tutaj połączenie z „National Anthem”, który również opowiada o eskalacji ludzkich skłonności do plotkowania i zbiorowego podejmowania decyzji przy pomocy technologii, mianowicie twittera, facebooka i telewizji. W „The Entire History of You” jesteśmy świadkami rozdmuchania tendencji do rozdrapywania wspomnień. A jednak wniosek o przekleństwie pamięć absolutnej wydaje się raczej płonny, bo technologia przedstawiona na filmie jeszcze długo nie będzie istnieć.
Dlatego warto odczytać tę historię w kontekście naszych czasów i naszej cywilizacji. I to nawet bardziej „naszej”, niż ta, w której facebook, instagram i twitter, bezustannie gromadzą ślady naszych czynności, które kiedyś ktoś chorobliwie zazdrosny czy podejrzliwy wykorzysta przeciwko nam. Mąż, pracodawca, urzędnik, naciągacz. Ktokolwiek. Nawet my sami, bo kto wie, jak daleko potrafi zaprowadzić przeglądanie starych rozmów i anonsów. Jakie wnioski można z nich wyciągnąć po latach? Na pewno żadne rozsądne. To wszystko jest oczywiste, a przynajmniej być powinno.
Żeby pójść dalej, warto zauważyć, że pośród kilkudziesięciu postaci (zarówno pierwszo, jak i dalszoplanowych), tylko jedna korzysta ze swojej super-pamięci w ten specjalny, chorobliwy sposób. Reszta funkcjonuje względnie normalnie, wiodąc życie, które wszyscy dobrze znamy. Sugeruje to, że tak naprawdę zagrożenie nie tkwi w technologii, ale w jej użyciu i sposobie jej wykorzystania. A tym, kto z niej korzysta, jest mózg.
Nasz bohater, zadręczający się bolesnymi wspomnieniami tak naprawdę stymuluje raz po raz swój mózg bodźcami, które dają mu chorobliwą, ale jednak, przyjemność. Bo niewątpliwie o chorobliwą przyjemność chodzi mężowi, który godzinami patrzy jak żona flirtuje z jednym gości na domowym przyjęciu, analizuje dogłębnie mowę jej ciała i odczytuje z ruchu warg słowa, które wypowiada. Pada ofiarą nie tyle technologii, co cech ludzkiego mózgu. Technologia tylko zwielokrotniła ilość bodźców, którymi karmi się jego lęk przed zdradą.
Odchodząc jeszcze jeden krok wstecz od ekranu i szukając szerszej perspektywy, moglibyśmy powiedzieć, że nowe technologie nie tyle wywierają niekorzystny wpływ, co ujawniają kolejne, niegdyś tylko potencjalnie problemy, których dobór naturalny nigdy nie usunął, gdyż nigdy dotąd człowiek nie osiągnął warunków, w których mogłyby okazać się niekorzystne. Tak samo, jak nic nie chroni nas przed uduszeniem się na wysokości dwudziestu kilometrów, nienaturalnej dla człowieka, a więc i nigdy nie „obsłużonej” przez dobór naturalny, tak samo nic nie ochroni nas przed efektami wystawienia mózgu na działanie takich ekstremów jak swobodny dostęp do wszystkiego, co kiedykolwiek jego właściciel słyszał i widział. Mózg radzi sobie całkiem dobrze z pamięcią zgromadzoną w swoim wnętrzu, przefiltrowanymi przez setki jego podzespołów i zapisanych w sposób, który nie ma nic wspólnego z zapisami obrazów czy dźwięków. Idzie mu jednak fatalnie, kiedy próbuje poradzić sobie z miliardami swobodnie dostępnych informacji. Stąd taka nieadekwatność reakcji mózgu na tyle śladów przeszłości, które już teraz gromadzimy: na fejsbukowych ścianach, w archiwach telefonów i kont pocztowych. Pozbawiony ochronnego działania zapominania, mózg skłonny jest traktować dawne impulsy jak obecne, zupełnie nieadekwatnie do ich aktualnej mocy i faktycznego znaczenia.
Pamięć, działa zupełnie inaczej niż fejsbukowe ściany i twarde dyski komputerów. Jest narzędziem, w którego obsłudze mózg jest mistrzem. Polega na jej niedoskonałości, ulotności, skłonności do przesady bądź zaniedbań. Stąd biorą się fałszywe wspomnienia świadków, ale też możliwość wybaczenia, spojrzenia z dalszej perspektywy, i przede wszystkim, życia dalej. Gdyby sprawy ze szkoły podstawowej były dla czterdziestolatka równie żywe, jak bieżące, nic by nie osiągnął. Dawne tragedie, miłości, porażki i nadzieje muszą odejść, żebyśmy mogli żyć tu i teraz, a nawet planować. Widać to doskonale w polityce, w której historia używana jest równie dużo częściej do szczucia ludzi przeciwko sobie, niż do wyciągania konstruktywnych wniosków. Historia również czerpie z przeróżnych zapisów pamięciowych, zaś użyta w polityce bardzo często polega na odarciu faktów z kontekstu i nadaniu im zupełnie nowego, bieżącego sensu, który będzie atrakcyjny dla adresata manipulacji. Jak w naszym filmie, choć na dużo większą skalę. Istnieje zresztą wiele narodów, które wydają się być skupione na tym, co pamiętają z przeszłości, zamiast patrzeć naprzód.
Być może to właściwy moment, żeby przejrzeć się w czarnym lustrze. Ujrzymy ludzi uzależnionych od mediów społecznościowych, wciąż na nowo przeszukujących gromadzone w każdej chwili wspomnienia zamiast zająć się tym, co za oknem, obok na kanapie i w sobie. Na szczęście, świadomi zagrożeń, możemy zdecydować inaczej i zająć się prawdziwym życiem, nawet jeśli wymaga ono dużo więcej wysiłku. A zamiast wszczepki pamięciowej kupić sobie stary, dobry pamiętnik.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E03 "The Entire History of You" (Cała prawda o tobie)
reż. Brian Welsh
Wielka Brytania, 2011
Jeśli jednak porzucimy nasze przywiązanie do realizmu i potraktujemy serial nieco teatralnie, możemy odczytać opowiadane historie w kontekście naszej rzeczywistości. Wtedy „Black mirror” stanie się serią mini dramatów antropologicznych czy socjologicznych z rekwizytami w postaci wynalazków kojarzonych z SF i mniej lub bardziej antyutopijnymi scenografiami rodem z tego gatunku.
Nie inaczej jest z trzecim odcinkiem pierwszej serii („The Entire History of You”). Przygląda się on chorobliwie zazdrosnemu mężowi ze wszczepką doskonałej pamięci wzrokowej i słuchowej. Nieszczęśnik nęka siebie samego i otoczenie wspomnieniami zdrad żony zgromadzonymi zarówno przez siebie, jak i innych. Historię można odczytać dosłownie, jako eksperyment myślowy rozważający skutki udoskonalenia mózgu pamięcią doskonałą. Wnioski nie są przesadnie odkrywcze: pamięć doskonała byłaby przekleństwem. Znamy chorobliwie zazdrosnych ludzi, którzy potrafią swoją chorobą unicestwić dowolnie silny związek. Wydaje się, że robią to właśnie głównie rozpamiętując wszystko, co pamiętają i doszukując się w swych wspomnieniach potwierdzeń swoich podejrzeń. Technologia, która pozwala wyposażyć nas w miliardy dodatkowych śladów pamięciowych z pewnością okaże się nieopanowanie pociągająca dla takich osób.
Można by nawet uogólnić i stwierdzić, że technologia bardzo często pozwala rozdmuchiwać nasze skłonności czy cechy do rozmiarów absurdalnych. Pornografia, rock and roll, McDonald, twitter, whiskey z lodem – wszystko to przykłady sposobów na folgowanie naturalnym skłonnościom ludzkiego mózgu, możliwe wyłącznie dzięki rozwoju kultury, nauki i techniki. Pornografia jest eskalacją seksualności ludzkiego mózgu, a twitter – uwielbienia plotkowania. Widać tutaj połączenie z „National Anthem”, który również opowiada o eskalacji ludzkich skłonności do plotkowania i zbiorowego podejmowania decyzji przy pomocy technologii, mianowicie twittera, facebooka i telewizji. W „The Entire History of You” jesteśmy świadkami rozdmuchania tendencji do rozdrapywania wspomnień. A jednak wniosek o przekleństwie pamięć absolutnej wydaje się raczej płonny, bo technologia przedstawiona na filmie jeszcze długo nie będzie istnieć.
Dlatego warto odczytać tę historię w kontekście naszych czasów i naszej cywilizacji. I to nawet bardziej „naszej”, niż ta, w której facebook, instagram i twitter, bezustannie gromadzą ślady naszych czynności, które kiedyś ktoś chorobliwie zazdrosny czy podejrzliwy wykorzysta przeciwko nam. Mąż, pracodawca, urzędnik, naciągacz. Ktokolwiek. Nawet my sami, bo kto wie, jak daleko potrafi zaprowadzić przeglądanie starych rozmów i anonsów. Jakie wnioski można z nich wyciągnąć po latach? Na pewno żadne rozsądne. To wszystko jest oczywiste, a przynajmniej być powinno.
Żeby pójść dalej, warto zauważyć, że pośród kilkudziesięciu postaci (zarówno pierwszo, jak i dalszoplanowych), tylko jedna korzysta ze swojej super-pamięci w ten specjalny, chorobliwy sposób. Reszta funkcjonuje względnie normalnie, wiodąc życie, które wszyscy dobrze znamy. Sugeruje to, że tak naprawdę zagrożenie nie tkwi w technologii, ale w jej użyciu i sposobie jej wykorzystania. A tym, kto z niej korzysta, jest mózg.
Nasz bohater, zadręczający się bolesnymi wspomnieniami tak naprawdę stymuluje raz po raz swój mózg bodźcami, które dają mu chorobliwą, ale jednak, przyjemność. Bo niewątpliwie o chorobliwą przyjemność chodzi mężowi, który godzinami patrzy jak żona flirtuje z jednym gości na domowym przyjęciu, analizuje dogłębnie mowę jej ciała i odczytuje z ruchu warg słowa, które wypowiada. Pada ofiarą nie tyle technologii, co cech ludzkiego mózgu. Technologia tylko zwielokrotniła ilość bodźców, którymi karmi się jego lęk przed zdradą.
Odchodząc jeszcze jeden krok wstecz od ekranu i szukając szerszej perspektywy, moglibyśmy powiedzieć, że nowe technologie nie tyle wywierają niekorzystny wpływ, co ujawniają kolejne, niegdyś tylko potencjalnie problemy, których dobór naturalny nigdy nie usunął, gdyż nigdy dotąd człowiek nie osiągnął warunków, w których mogłyby okazać się niekorzystne. Tak samo, jak nic nie chroni nas przed uduszeniem się na wysokości dwudziestu kilometrów, nienaturalnej dla człowieka, a więc i nigdy nie „obsłużonej” przez dobór naturalny, tak samo nic nie ochroni nas przed efektami wystawienia mózgu na działanie takich ekstremów jak swobodny dostęp do wszystkiego, co kiedykolwiek jego właściciel słyszał i widział. Mózg radzi sobie całkiem dobrze z pamięcią zgromadzoną w swoim wnętrzu, przefiltrowanymi przez setki jego podzespołów i zapisanych w sposób, który nie ma nic wspólnego z zapisami obrazów czy dźwięków. Idzie mu jednak fatalnie, kiedy próbuje poradzić sobie z miliardami swobodnie dostępnych informacji. Stąd taka nieadekwatność reakcji mózgu na tyle śladów przeszłości, które już teraz gromadzimy: na fejsbukowych ścianach, w archiwach telefonów i kont pocztowych. Pozbawiony ochronnego działania zapominania, mózg skłonny jest traktować dawne impulsy jak obecne, zupełnie nieadekwatnie do ich aktualnej mocy i faktycznego znaczenia.
Pamięć, działa zupełnie inaczej niż fejsbukowe ściany i twarde dyski komputerów. Jest narzędziem, w którego obsłudze mózg jest mistrzem. Polega na jej niedoskonałości, ulotności, skłonności do przesady bądź zaniedbań. Stąd biorą się fałszywe wspomnienia świadków, ale też możliwość wybaczenia, spojrzenia z dalszej perspektywy, i przede wszystkim, życia dalej. Gdyby sprawy ze szkoły podstawowej były dla czterdziestolatka równie żywe, jak bieżące, nic by nie osiągnął. Dawne tragedie, miłości, porażki i nadzieje muszą odejść, żebyśmy mogli żyć tu i teraz, a nawet planować. Widać to doskonale w polityce, w której historia używana jest równie dużo częściej do szczucia ludzi przeciwko sobie, niż do wyciągania konstruktywnych wniosków. Historia również czerpie z przeróżnych zapisów pamięciowych, zaś użyta w polityce bardzo często polega na odarciu faktów z kontekstu i nadaniu im zupełnie nowego, bieżącego sensu, który będzie atrakcyjny dla adresata manipulacji. Jak w naszym filmie, choć na dużo większą skalę. Istnieje zresztą wiele narodów, które wydają się być skupione na tym, co pamiętają z przeszłości, zamiast patrzeć naprzód.
Być może to właściwy moment, żeby przejrzeć się w czarnym lustrze. Ujrzymy ludzi uzależnionych od mediów społecznościowych, wciąż na nowo przeszukujących gromadzone w każdej chwili wspomnienia zamiast zająć się tym, co za oknem, obok na kanapie i w sobie. Na szczęście, świadomi zagrożeń, możemy zdecydować inaczej i zająć się prawdziwym życiem, nawet jeśli wymaga ono dużo więcej wysiłku. A zamiast wszczepki pamięciowej kupić sobie stary, dobry pamiętnik.
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E03 "The Entire History of You" (Cała prawda o tobie)
reż. Brian Welsh
Wielka Brytania, 2011
niedziela, 24 września 2017
Black mirror
Wziąłem się w końcu za Black Mirror. Pierwszy odcinek, "Hymn narodowy", wystarczył, żeby długo myśleć. Strach pomyśleć, co będzie dalej.
Już sam pomysł, przeniesienia w nasze czasy starej opowieść o rycerzu, który musi pokonać smoka, aby uwolnić księżniczkę daje do myślenia. Bo w wersji uwspółcześnionej zamiast rycerza mamy premiera, a zamiast smoka świnię. Do tego nie trzeba jej zarżnąć, tylko... No, obcować z nią. Publicznie, przed wszystkimi telewidzami, którzy zechcą patrzeć.
Sam rycerz waha się, nigdy tego ze świnią nie robił, zwłaszcza w telewizji, nie wie, co powie żona. Obywatele też raczej nie popierają pomysłu, dopóki terrorysta nie podbije stawki, obcinając księżniczce palec. “Najwyraźniej mówi poważnie:, myśli sobie opinia publiczna i kupuje bilet. Premier nie ma wyjścia i stawia czoła sytuacji. Oczywiście nie chodzi o czoło, ale i tak stawia i wygrywa. Księżniczka zostaje uwolniona, słupki popularności premiera rosną. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nawet świnia.
Bzdura, powie wyedukowany widz. Żaden premier Wielkiej Brytanii nie odbyłby stosunku z maciorą w telewizji tylko po to, żeby uratować byle księżniczkę, choćby i gwiazdę fejsbuka. Zgadza się, nie doszłoby do tego. Niestety, głosy takie [a sporo ich, wystarczy przejrzeć internet] pokazują, że diagnoza, jaką stawia film jest przerażająco trafna: media w rodzaju fejsbuka i telewizji zastąpiły nam rzeczywistość i sztukę. Nie potrafimy już odczytywać alegorii i przenośni, chcemy realności i dosłowności. Nie chcemy uczestnictwa intelektualnego, obrzydła nam interpretacja i zastanowienie, co dla nas wynika ze spektaklu. Jedyny wkład, jaki chcemy od siebie dać w sztukę to lajk. Lub nielajk.
Najpopularniejszą dziedziną sztuki staje się bowiem rzeczywistość kreowana – tweetowane w każdym szczególe życie celebrytów i tragedie przekazywane na żywo z samego centrum wydarzeń. Realistyczna sztuka teatralna pisana na żywo przez widzów i producentów programu. Najlepiej, jeśli dzieje się tak blisko, żeby można było pomyśleć ”mieszkam tuż obok!”. W tym samym mieście, lub chociaż w tym samym kraju. O sztuce można wtedy rozmawiać i plotkować, uczestniczyć w niej z bezpiecznej odległości, choć jednocześnie z bezpośredniej bliskości. Oto cud techniki XXI wieku! Bilokacja dostępne dla każdego, naraz jesteśmy tam i tu!
Do tego wszystkiego, widzowie mają rzeczywisty wpływ na przebieg spektaklu. W sondażach na bieżąco doradzają, co powinni zrobić główni aktorzy. Księżniczka zginąć, a premier zachować wstyd? Czy może odwrotnie, życie kosztem wstydu? Wystarczy dać lajka, a rzeczywistość-sztuka postąpi zgodnie z naszym życzeniem, choć przetrawiona wstępnie w demokratycznym głosowaniu. Koniec z domyślaniem się, co chciał powiedzieć artysta, bo teraz reżyserem jest widz i jeśli zażyczy sobie wstydu, dostanie i wstyd. Z bezwstydem jeszcze łatwiej. Koniec z kłopotliwym rozróżnieniem fabuły i akcji, aktora i postaci, którą gra. Koniec z brakiem wspólnego kontekstu artysty i widza.
Nieprawda, krzyknie uważny czytelnik. Przecież prawdziwym reżyserem jest tu terrorysta! To on wybiera cel, decyduje o scenerii i wybiera na nowy spektakl kawiarnię w Paryżu albo most w Londynie. My patrzymy dlatego, że chcemy wiedzieć. To nasze prawo.
Treść tych przemyśleń jest równie banalna co początkowe 95% filmu. Wystarczy jeszcze dodać stwierdzenie, że terroryzm karmi się naszym patrzeniem i strachem. Zakończylibyśmy w dzień epokę terroryzmu, gdybyśmy zgodzili się nigdy nie wspomnieć nawet słowem o jakimkolwiek terroryście i efektach jego pracy.
Dopiero kilka końcowych scen przynosi gwałtowną woltę, która zmusza do myślenia i zastanowienia z kogo się tak naprawdę śmiejemy. Domniemany terrorysta okazuje się bowiem artystą, który księżniczki nie miał najmniejszego zamiaru mordować. Według listu pożegnalnego, jedynym jego celem było wyreżyserowanie spektaklu na miliard widzów. I cel swój osiągnął.
To słowo, które ciśnie się na usta z miejsca nas demaskuje.
“Oszustwo.”
Facet nas oszukał. Groził, że ją zabije. Przejmowaliśmy się, martwiliśmy, baliśmy się! A on tylko się bawi? Premier gwałcił świnię, a ten tu w artystę się bawi! To oburzające!
Doprawdy, oburzające.
I kiedy zdamy sobie sprawę, że pomyśleliśmy o artyście “oszust, nie terrorysta. Zakpił z nas”, rozumiemy, że to nieuniknione, że ta ścieżka wyznaczyła się sama. Sztukę tworzy się, aby wzbudzała reakcje. Zawsze, kiedy powstaje nowe medium, powstaje nowa sztuka. Gramofon stworzył muzykę popularną, a youtube – jutuberyzm. Telewizja sprzężona z bezprzewodowym internetem stworzyły razem rzeczywistość kreowaną, a jedną z poddziałów tej dziedziny sztuki jest terroryzm. Nie myśleliśmy dotąd o tym, jako o sztuce, ponieważ przywykliśmy kojarzyć sztukę z bezużytecznością. Dopiero ktoś, kto ukazał ją nam nagą, odartą z funkcji użytkowej – na przykład bezpiecznego strachu widza terroryzmu – uświadomił nam, że właśnie z nową sztuką mamy do czynienia i że wszyscy ją razem uprawiamy. Istnieje dzięki nam, dla nas i na nasze bezustannie powtarzane życzenie. Terroryzm i masowi mordercy są w tej sztuce elitą o największej oglądalności i największym zaangażowaniu uwagi, mierzonym we wpływach z reklam.
Uwielbiamy się bać i płacimy za to, żeby mieć czego. Niczym układ odpornościowy, który z nudów bawi się w alergię i astmę, nasze mózgi, przywykłe do wyszukiwania niebezpieczeństw w byle szeleście w zaroślach, bawią się w strach ze światem. Ponieważ jednak nie ma się czego bać, bo jest i ciepła woda w kranie, i tanie ziemniaki cały rok, trzeba powód do strachu stworzyć. A jeszcze łatwiej, jak wszystko, kupić. Chętnie go zatem kupujemy, płacąc kosztami reklamowanych w przerwach towarów.
Tamto “oszukał nas” możemy wykorzystać nawet bardziej, ku własnej mądrości i przestrodze. Bo jeśli właśnie zorientowaliśmy się, niczym dzieci w teatrze, że byliśmy świadkiem oszustwa i że to “nie było naprawdę”, to możemy też zastanowić się, czy chcemy w tym teatrze oglądać sztuki, które “są naprawdę”. To prawie jak młodopolski konflikt, w którym ścierają się sztuka dla sztuki, jak w “Hymnie narodowym”, i sztuka użytkowa, jak w wiadomościach o dziewiętnastej i kanale informacyjnym całą dobę. Musimy zdecydować: sztuka dla sztuki czy sztuka użytkowa? Decyzja zależy od każdego z osobna, choć jednocześnie od nikogo. Telewizja i internet są bowiem prawdziwie demokratycznymi mediami, w których większość ma zawsze rację i nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Nie możemy jednak zapominać, że choć podana w medium, które samo krytykuje, “Black mirror” to jednak sztuka i to w starym stylu, czyli nie do odczytywania dosłownie. Jeśli przez chwilę zdejmiemy z filmu łatkę dosłowności i podpis “kiedyś w przyszłości”, otrzymamy mało subtelnie wykrzywiony groteską obraz teraźniejszości: zastanówmy się bowiem, czemu artysta sięgnął tak daleko, po co mu seks ze świnią? Odpowiedź nasuwa się dosyć łatwo: poprzeczka jest podniesiona już bardzo wysoko. Niewiele jest nas jeszcze w stanie zawstydzić. Nas widzów, nas polityków. Codziennie robimy/robią rzeczy, których trzeba się wstydzić i codziennie oglądamy je na telewizorach. Przywykliśmy do nich tak bardzo, że nie mamy problemu, żeby opowiadać o nich przy obiedzie albo przy piwie wieczorem. Ukradł miliardy? Norma, oni tak mają. Nie płaci podatków? Swój człowiek. Jedzie w niedzielę po kościele do galerii handlowej? Normalny hipokryta, jak każdy.
W tym momencie można już zastanowić się nad znaczeniem tytułu serialu, bo “Black mirror” brzmi prawie jak “Black humour”, czyli połączenie lustra i czarnego humoru. Humoru tak strasznego, że aż nie śmiesznego, bo w całym filmie nie ma ani jednej śmiesznej sceny. Ani razu nie mamy powodu się uśmiechnąć, bo i nie ma z czego: patrzymy w lustro tak czarne i ostre, że zagląda aż pod gruby makijaż dobroczynności i ekologicznego jedzenia, jaki codziennie nakładamy na ludzkość.To co widzimy, budzi lęk i to prawdziwy, nie ten bezpieczny, który lubimy sobie serwować na kanale informacyjnym. Lęk przed tym, dokąd zaprowadzi nas bezrefleksyjne nadużywanie możliwości, jakie niesie ze sobą rozwój technologii.
Na szczęście jest sposób, żeby ukoić ten meta-lęk i powrócić do rzeczywistości, pełnej lęku bezpiecznego, rzeczywistości oglądanej z kanapy, zza ekranu, spod dachu i spomiędzy ścian. Wystarczy przeczekać napisy końcowe "Czarnego lustra". Zaraz reklamy i blok informacyjny. Wszystko wróci do normy. Dzisiejszy zamach w Londynie sponsoruje producent najlepszych na rynku pieluch jednorazowych! Życzymy strasznego!
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E01 "National Anthem" (Hymn narodowy)
reż. Otto Bathurst
Wielka Brytania, 2011
Już sam pomysł, przeniesienia w nasze czasy starej opowieść o rycerzu, który musi pokonać smoka, aby uwolnić księżniczkę daje do myślenia. Bo w wersji uwspółcześnionej zamiast rycerza mamy premiera, a zamiast smoka świnię. Do tego nie trzeba jej zarżnąć, tylko... No, obcować z nią. Publicznie, przed wszystkimi telewidzami, którzy zechcą patrzeć.
Sam rycerz waha się, nigdy tego ze świnią nie robił, zwłaszcza w telewizji, nie wie, co powie żona. Obywatele też raczej nie popierają pomysłu, dopóki terrorysta nie podbije stawki, obcinając księżniczce palec. “Najwyraźniej mówi poważnie:, myśli sobie opinia publiczna i kupuje bilet. Premier nie ma wyjścia i stawia czoła sytuacji. Oczywiście nie chodzi o czoło, ale i tak stawia i wygrywa. Księżniczka zostaje uwolniona, słupki popularności premiera rosną. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Nawet świnia.
Bzdura, powie wyedukowany widz. Żaden premier Wielkiej Brytanii nie odbyłby stosunku z maciorą w telewizji tylko po to, żeby uratować byle księżniczkę, choćby i gwiazdę fejsbuka. Zgadza się, nie doszłoby do tego. Niestety, głosy takie [a sporo ich, wystarczy przejrzeć internet] pokazują, że diagnoza, jaką stawia film jest przerażająco trafna: media w rodzaju fejsbuka i telewizji zastąpiły nam rzeczywistość i sztukę. Nie potrafimy już odczytywać alegorii i przenośni, chcemy realności i dosłowności. Nie chcemy uczestnictwa intelektualnego, obrzydła nam interpretacja i zastanowienie, co dla nas wynika ze spektaklu. Jedyny wkład, jaki chcemy od siebie dać w sztukę to lajk. Lub nielajk.
Najpopularniejszą dziedziną sztuki staje się bowiem rzeczywistość kreowana – tweetowane w każdym szczególe życie celebrytów i tragedie przekazywane na żywo z samego centrum wydarzeń. Realistyczna sztuka teatralna pisana na żywo przez widzów i producentów programu. Najlepiej, jeśli dzieje się tak blisko, żeby można było pomyśleć ”mieszkam tuż obok!”. W tym samym mieście, lub chociaż w tym samym kraju. O sztuce można wtedy rozmawiać i plotkować, uczestniczyć w niej z bezpiecznej odległości, choć jednocześnie z bezpośredniej bliskości. Oto cud techniki XXI wieku! Bilokacja dostępne dla każdego, naraz jesteśmy tam i tu!
Do tego wszystkiego, widzowie mają rzeczywisty wpływ na przebieg spektaklu. W sondażach na bieżąco doradzają, co powinni zrobić główni aktorzy. Księżniczka zginąć, a premier zachować wstyd? Czy może odwrotnie, życie kosztem wstydu? Wystarczy dać lajka, a rzeczywistość-sztuka postąpi zgodnie z naszym życzeniem, choć przetrawiona wstępnie w demokratycznym głosowaniu. Koniec z domyślaniem się, co chciał powiedzieć artysta, bo teraz reżyserem jest widz i jeśli zażyczy sobie wstydu, dostanie i wstyd. Z bezwstydem jeszcze łatwiej. Koniec z kłopotliwym rozróżnieniem fabuły i akcji, aktora i postaci, którą gra. Koniec z brakiem wspólnego kontekstu artysty i widza.
Nieprawda, krzyknie uważny czytelnik. Przecież prawdziwym reżyserem jest tu terrorysta! To on wybiera cel, decyduje o scenerii i wybiera na nowy spektakl kawiarnię w Paryżu albo most w Londynie. My patrzymy dlatego, że chcemy wiedzieć. To nasze prawo.
Treść tych przemyśleń jest równie banalna co początkowe 95% filmu. Wystarczy jeszcze dodać stwierdzenie, że terroryzm karmi się naszym patrzeniem i strachem. Zakończylibyśmy w dzień epokę terroryzmu, gdybyśmy zgodzili się nigdy nie wspomnieć nawet słowem o jakimkolwiek terroryście i efektach jego pracy.
Dopiero kilka końcowych scen przynosi gwałtowną woltę, która zmusza do myślenia i zastanowienia z kogo się tak naprawdę śmiejemy. Domniemany terrorysta okazuje się bowiem artystą, który księżniczki nie miał najmniejszego zamiaru mordować. Według listu pożegnalnego, jedynym jego celem było wyreżyserowanie spektaklu na miliard widzów. I cel swój osiągnął.
To słowo, które ciśnie się na usta z miejsca nas demaskuje.
“Oszustwo.”
Facet nas oszukał. Groził, że ją zabije. Przejmowaliśmy się, martwiliśmy, baliśmy się! A on tylko się bawi? Premier gwałcił świnię, a ten tu w artystę się bawi! To oburzające!
Doprawdy, oburzające.
I kiedy zdamy sobie sprawę, że pomyśleliśmy o artyście “oszust, nie terrorysta. Zakpił z nas”, rozumiemy, że to nieuniknione, że ta ścieżka wyznaczyła się sama. Sztukę tworzy się, aby wzbudzała reakcje. Zawsze, kiedy powstaje nowe medium, powstaje nowa sztuka. Gramofon stworzył muzykę popularną, a youtube – jutuberyzm. Telewizja sprzężona z bezprzewodowym internetem stworzyły razem rzeczywistość kreowaną, a jedną z poddziałów tej dziedziny sztuki jest terroryzm. Nie myśleliśmy dotąd o tym, jako o sztuce, ponieważ przywykliśmy kojarzyć sztukę z bezużytecznością. Dopiero ktoś, kto ukazał ją nam nagą, odartą z funkcji użytkowej – na przykład bezpiecznego strachu widza terroryzmu – uświadomił nam, że właśnie z nową sztuką mamy do czynienia i że wszyscy ją razem uprawiamy. Istnieje dzięki nam, dla nas i na nasze bezustannie powtarzane życzenie. Terroryzm i masowi mordercy są w tej sztuce elitą o największej oglądalności i największym zaangażowaniu uwagi, mierzonym we wpływach z reklam.
Uwielbiamy się bać i płacimy za to, żeby mieć czego. Niczym układ odpornościowy, który z nudów bawi się w alergię i astmę, nasze mózgi, przywykłe do wyszukiwania niebezpieczeństw w byle szeleście w zaroślach, bawią się w strach ze światem. Ponieważ jednak nie ma się czego bać, bo jest i ciepła woda w kranie, i tanie ziemniaki cały rok, trzeba powód do strachu stworzyć. A jeszcze łatwiej, jak wszystko, kupić. Chętnie go zatem kupujemy, płacąc kosztami reklamowanych w przerwach towarów.
Tamto “oszukał nas” możemy wykorzystać nawet bardziej, ku własnej mądrości i przestrodze. Bo jeśli właśnie zorientowaliśmy się, niczym dzieci w teatrze, że byliśmy świadkiem oszustwa i że to “nie było naprawdę”, to możemy też zastanowić się, czy chcemy w tym teatrze oglądać sztuki, które “są naprawdę”. To prawie jak młodopolski konflikt, w którym ścierają się sztuka dla sztuki, jak w “Hymnie narodowym”, i sztuka użytkowa, jak w wiadomościach o dziewiętnastej i kanale informacyjnym całą dobę. Musimy zdecydować: sztuka dla sztuki czy sztuka użytkowa? Decyzja zależy od każdego z osobna, choć jednocześnie od nikogo. Telewizja i internet są bowiem prawdziwie demokratycznymi mediami, w których większość ma zawsze rację i nikt nie ponosi odpowiedzialności.
Nie możemy jednak zapominać, że choć podana w medium, które samo krytykuje, “Black mirror” to jednak sztuka i to w starym stylu, czyli nie do odczytywania dosłownie. Jeśli przez chwilę zdejmiemy z filmu łatkę dosłowności i podpis “kiedyś w przyszłości”, otrzymamy mało subtelnie wykrzywiony groteską obraz teraźniejszości: zastanówmy się bowiem, czemu artysta sięgnął tak daleko, po co mu seks ze świnią? Odpowiedź nasuwa się dosyć łatwo: poprzeczka jest podniesiona już bardzo wysoko. Niewiele jest nas jeszcze w stanie zawstydzić. Nas widzów, nas polityków. Codziennie robimy/robią rzeczy, których trzeba się wstydzić i codziennie oglądamy je na telewizorach. Przywykliśmy do nich tak bardzo, że nie mamy problemu, żeby opowiadać o nich przy obiedzie albo przy piwie wieczorem. Ukradł miliardy? Norma, oni tak mają. Nie płaci podatków? Swój człowiek. Jedzie w niedzielę po kościele do galerii handlowej? Normalny hipokryta, jak każdy.
W tym momencie można już zastanowić się nad znaczeniem tytułu serialu, bo “Black mirror” brzmi prawie jak “Black humour”, czyli połączenie lustra i czarnego humoru. Humoru tak strasznego, że aż nie śmiesznego, bo w całym filmie nie ma ani jednej śmiesznej sceny. Ani razu nie mamy powodu się uśmiechnąć, bo i nie ma z czego: patrzymy w lustro tak czarne i ostre, że zagląda aż pod gruby makijaż dobroczynności i ekologicznego jedzenia, jaki codziennie nakładamy na ludzkość.To co widzimy, budzi lęk i to prawdziwy, nie ten bezpieczny, który lubimy sobie serwować na kanale informacyjnym. Lęk przed tym, dokąd zaprowadzi nas bezrefleksyjne nadużywanie możliwości, jakie niesie ze sobą rozwój technologii.
Na szczęście jest sposób, żeby ukoić ten meta-lęk i powrócić do rzeczywistości, pełnej lęku bezpiecznego, rzeczywistości oglądanej z kanapy, zza ekranu, spod dachu i spomiędzy ścian. Wystarczy przeczekać napisy końcowe "Czarnego lustra". Zaraz reklamy i blok informacyjny. Wszystko wróci do normy. Dzisiejszy zamach w Londynie sponsoruje producent najlepszych na rynku pieluch jednorazowych! Życzymy strasznego!
"Black Mirror" (Czarne lustro)
S01E01 "National Anthem" (Hymn narodowy)
reż. Otto Bathurst
Wielka Brytania, 2011
sobota, 11 kwietnia 2015
Vizvary w majowej Nowej Fantastyce
Wygląda na to, że moje opowiadanie ukaże się w majowej Nowej Fantastyce. Pozwoliłem sobie ukraść zdjęcie z FB "Nowej Fantastyki", żeby trochę ubarwić ten post, siłą rzeczy lakoniczny. Oto okładka majowego numeru:
poniedziałek, 26 stycznia 2015
72 bzdury, ale nieźle podane

Można oczywiście powiedzieć to samo o każdym autorze, który swobodnie korzysta z prawa postmodernisty do traktowania nauki instrumentalnie, jako źródła dumnie brzmiących nazw (liczba urojona, horyzont zdarzeń), przerażających gawiedź twierdzeń (entropia zawsze rośnie, dusza waży 21 gramów) czy kontrowersyjnych teorii (człowiek pochodzi od drożdży, wolna wola ma naturę kwantową). Prawdą jest jednak, że Chiang nie tylko mistrzowsko doi naukę współczesną w poszukiwaniu nośnych tematów, ale też opanował do perfekcji sztukę demagogii, niezbędną do użycia nauki na ów postmodernistyczny sposób. Czytelnikowi nie będącemu specjalistą (lub przynajmniej zapalonym amatorem) w dziedzinie, z której Chiang akurat czerpie, ciężko jest wskazać konkretne, subtelne błędy w użyciu, czy poruszaniu się po tejże dziedzinie. Błędy, które, trzeba przyznać, są niezbędne, żeby opowieść nie rozpadła się na luźne, pozbawione większego sensu kawałki.
Żeby nie być gołosłownym, przytoczę zaraz kilka rzeczywistych przykładów z opowiadań Chianga, które doprowadziły mnie do tych, a także innych wniosków, głównie na temat natury czytelnika (czy ogólniej, konsumenta sztuki).
Zacznijmy choćby od „Co z nami będzie”. Chiang zastanawia się, co by się stało, gdyby można było przesyłać w przeszłość informacje o naszych wyborach. Powołuje w tym celu do życia „przewidywacz” (ang. Predictor), urządzenie, które przewiduje, czy wciśniemy przycisk i zapala lampkę na sekundę wcześniej. Według Chianga oznacza to, że wolna wola nie istnieje. Czemu? „Jeśli spróbujecie wcisnąć przycisk bez błysku, natychmiast zapali się lampka i, nieważne jak szybko próbujecie, nie wciśniesz przycisku przed upływem sekundy. Jeśli czekasz na lampkę, postanawiając nie wcisnąć przycisku, jeśli lampka się zapali, ona nigdy się nie zapala. Nieważne co zrobisz, lampka zawsze zapali się zanim wciśniesz przycisk. Nie możesz oszukać Przewidywacza”. Czy naprawdę, jeśli ktoś nam powie, że za rok kupimy sobie lody o smaku pistacjowym, będzie to oznaczało, że nie mamy wolnej woli? Czym to się różni od sytuacji, kiedy ktoś nam powiedział, że rok temu kupiliśmy lody pistacjowe. No tak serio? Jeśli ja wiem, że nakrzyczę na dziecko, kiedy stłucze wazon, to nie mam wolnej woli? A jeśli ktoś mi powie, że tym razem nie nakrzyczę i okaże się to prawdą, czy oznacza to, że jestem bezwolny? Bzdura i tyle. Wolnej woli nie mam, jeśli to, co robię jest zdeterminowane, czyli jednoznacznie wynika z tego, co już było. Chiang wyraźnie mówi, że chodzi o informację z przyszłości o tym, co wybierzemy. A zatem nawet wtedy wybór istnieje, co z tego, że możemy się dowiedzieć, jaki on będzie? Historyjka jest jednak zgrabna, zaś jej główna teza brzmi, jak rozumiem, „Jeśli pozbawimy się iluzji wolnej woli, cała ludzkość ma przefikane”.
Co ciekawe, Chiang dochodzi do dokładnie odwrotnych wniosków, rozważając istnienie wolnej woli w opowiadaniu „Historia twojego życia”. Wychodzi od zasady Fermata o najkrótszym czasie, w jakim promień światła przebiega drogę pomiędzy dwoma punktami na swojej trasie. Według fizyka, który w opowiadaniu przedstawia tę zasadę, oznacza ona, że „ promień światła musi wiedzieć, dokąd będzie docelowo zmierzał, zanim wybierze kierunek, w którym rozpocznie swój ruch”. Bohaterka, lingwistka, kojarzy tę kuriozalną (jak na fizyka, nie jak na postmodernistę) interpretację z zachowaniem, jaki podpatrzyła u obcych (kosmitów): otóż rozpoczynając wypowiedź wiedzą, jak będzie brzmiał jej koniec i zapisując zdanie na tablicy, rysują je nie w kolejności wypowiedzianych słów, ale tak, że dopiero ostateczny cel opisuje całe zdanie.
Pomińmy kwestię dlaczego obcy mieliby akurat porozumiewać się formułując zdania przetłumaczalne na ludzki i to wypowiadając je na głos układając liniowo słowa – takie już prawo autora: stworzyć świat tak, żeby było w ogóle o czym pisać. Przemilczmy również kontrowersyjny pogląd, że ludzie tak nie postępują (z wyjątkiem uczniów szkoły podstawowej, którzy pisząc wypracowanie, nie znają zakończenia zdania, rozpoczynając je). Otóż mnie zaskakuje rozwój wydarzeń, który autor przedstawia jako niekonieczny (inni lingwiści również mieli kontakt z obcymi i fizyką), ale możliwy: otóż lingwistka nabiera umiejętności takiej, jak domniemany promień światła: zna przyszłość, zanim ona w ogóle się zacznie. A jednak, tadam!, nie dostaje depresji. Nie popada w śmiertelną zadumę. Ona po prostu nie próbuje zmienić przyszłości, godzi się z nią, niczym foton, który wie, że pochłonie go za trzy miliardy lat siatkówka obserwatora, a jednak cierpliwie podąża naprzód, zamiast wybrać przy emisji ze stygnącego elektronu jakiś wygodniejszy kierunek. Opowiada zatem córce, co ją czeka, od młodości, aż do przedwczesnej śmierci. Wie to dokładnie, gdyż ćwiczyła holistyczne zapisywanie zdań.
I tu objawia się nam talent Chianga w pełnej krasie! Gdyby jakiś autorzyna zaserwował nam opowieść o mechaniku samochodowym, który w desperacji nalał do silnika samochodu wody, potem zaś zburzył wieże nowego WTC papierowym samolocikiem i pokonał agentów FBI zbryzgując ich w specjalny sposób wydzieliną swoich gonadów, uśmialibyśmy się, lub oburzyli (zależnie od tego, czy opowieść miała być komedią czy raczej dramatem obyczajowym). Czemu? Bo to bzdury, każdy odpowie. A jednak, kiedy Chiang opowiada bzdury o przewidywaniu przyszłości przez fotony lub natchnione lingwistki, dostaje Nebulę, Locusa i nagrodę im. Theodora Sturgeona. Czapki z głów, zupełnie serio. Bo przecież nie chodzi o fakty, nie piszemy tu artykułu naukowego? Nie to się liczy, co się opowiada, ale jak się to robi. Najwyraźniej Chiang robi to całkiem nieźle.
Jako ostatni przykład posłuży mi „Dzielenie przez zero”, opowieść o matematyczce, która odkrywa, że arytmetyka nie ma sensu. „Odkryłam formalizm, który pozwala zrównać każdą liczbę z każdą inną”, mówi. Nikt z matematyków, oprócz bohaterki, nie rozumie znaczenia jej odkrycia. Zaczyna być agresywna i nienawidzić swojego męża, a on przestaje ją w zamian kochać. „Dzielenie przez zero” ma opowiadać chyba o tym, że jeśli ktoś żyje nauką, a potem okazuje się, że zajmował się czymś bezprzedmiotowym, to można dosłownie oszaleć. Jednak Chiang wybrał sobie dziedzinę nauki tak niefortunnie, że musiał uciec się do wymyślenia swojej własnej matematyki, żeby jego opowieść miała jakikolwiek sens. W prawdziwej matematyce „odkryłam formalizm etc.” oznaczałoby, że nasza bohaterka wymyśliła inne znaczenie symboli 1, 2, 3 i tak dalej oraz że przekręciła znaczenie znaków +, =, <,> w taki sposób, że jest w stanie napisać 1=2 i nie oznacza to nic głupiego. I co z tego? Otóż w naszym świecie, nic z tego. Nijak to nie zmienia arytmetyki, bo w niej 1, 2, +, = i tak dalej, znaczą dokładnie to, co znaczą. Jednak w świecie opowiadania oznacza to dużo więcej. Dlatego Chiang musiał przekręcić znaczenie paru słów i faktów, żeby pokazać, jak totalne oddanie dziedzinie życia, która z dnia na dzień, dzięki twojej własnej pracy(!) staje się tylko pustosłowiem, źle wpływa na zdrowie psychiczne. Z mojego punktu widzenia, to właśnie czysto instrumentalne traktowanie dziedziny sztuki, jako zwykły rekwizyt. Gdyby Chiang napisał historię o sprzedawcy gofrów, który odkrył, że gofry tak naprawdę nie istnieją, a ludzie wokół są idiotami, myśląc, że jedzą coś rzeczywistego, wszyscy uznaliby, że zwariował głównie autor, a jeśli chodzi o bohatera, to zdecydowanie najpierw oszalał, a dopiero przez to uroił sobie, że sprzedawał dotąd powietrze. Z matematyką taki kit można wcisnąć bez trudu, bo kto tak naprawdę rozumie te wszystkie sinusy, całki i dzielenie przez zero?
Oczywiście, każdy zarzut użycia rekwizytu, czy zaprezentowania tematu niezgodnie z prawdą zawsze można odeprzeć powołując się na konieczność kreacji. Żaden film i żadna książka, nawet dokument, nie jest wiernym aż do znudzenia zapisem rzeczywistości. Żaden autor nie pokaże świata z każdej możliwej perspektywy, w najdrobniejszym możliwym detalu. Co więcej, żaden konsument nie chciałby uczestniczyć w sztuce, która w proporcjach jeden do jednego oddaje banał, rutynę i nudę rzeczywistego świata i życia większości jego mieszkańców. Który z czytelników miałby radość z czytania o nudnych, żmudnych śledztwach, zakończonych umorzeniem bądź aresztowaniem drobnego, głupiego oprycha? Kto chciałby oglądać przez dziesięć godzin dziesięciogodzinną podróż autem przez Europę, z setkami jednakowych miast, miasteczek, lasów i pól po drodze (oprócz Norwegów, rzecz jasna)? Kreacja jest sposobem, żeby ukryć to, co nużące i nudne oraz by umożliwić zaistnienie zdarzeń, które w rzeczywistości nie mogłyby zajść. Bo przecież, z jednej strony literatura, tak jak i wszystkie inne sztuki narracyjne, jest zbiorem odpowiedzi na pytania „co by było gdyby ...?” Z drugiej jednak strony, chodzi o sztukę właśnie. Najważniejsze są zatem emocje i refleksje, jakie będą udziałem konsumenta. Poprawność rozumowania czy precyzja opisu są niezbędne tylko w takich ilościach, jakie zapobiegną wynurzaniu się czytelnika czy widza ze świata, który właśnie poznaje.
Dlatego właśnie trudno Chianga potępić. Skoro dobrze bawimy się oglądając przygody Bonda tylko dlatego, że wspaniałym widowiskiem są, czemu mielibyśmy wybrzydzać na niewiarygodność fascynująco przedstawionego scenariusza kontaktu z obcymi? Zresztą, jako gatunek jesteśmy chyba stworzeni do powierzchownego przeżywania piękna i szczęścia. Gdyby było inaczej, nie traktowalibyśmy tak powszechnej fascynacji pięknem ludzkiej (czy ogólnie zwierzęcej) formy jako czegoś oczywistego i godnego pochwały tylko wtedy, gdy dotyczy wyłącznie formy zewnętrznej. My jednak boimy się tych, którzy piękno dostrzegają w lśnieniu świeżych jelit i parującej w chłodnym powietrzu poranka wątroby. I tak samo wolimy czytać nieprawdopodobne opowiadanka o matematykach, niż podręczniki pełne wzorów, twierdzeń i definicji. Bo, jak wszyscy wiedzą, matematyka – tak samo jak świeże, cieplutkie flaki - jest fascynująca tylko dla chorych psychicznie. O czym zresztą chyba opowiadała historyjka Chianga właśnie.
PS. Tak, jako początkujący autor-amator czuję zawiść o siedemset piętnaście nagród, które Chiang zdobył za swoje postmodernistyczne opowiadania. Co więcej, zdaję sobie również sprawę, że nie byłbym w stanie zdobyć nawet jednej z nich. Dalej jednak twierdzę, że Chiang robi z nas idiotów. W każdym razie z części z nas.
PS 2. Kiedy czytałem opowiadania w zbiorku, zastanawiałem się, czy nie są one rodzajem literackiego eksperymentu w stylu Alana Sokala, który opublikował kiedyś w czasopiśmie naukowym artykuł przedstawiający „koncepcję związków pomiędzy koncepcjami rozwoju społecznego, emancypacji i feminizmu oraz w szczególności dekonstruktywizmu a grawitacją kwantową” (za, przyznaję, Wikipedią). Kiedy wszyscy już niemal zaklaskali się na śmierć, Sokal zwrócił publicznie uwagę, że jego artykuł to stek bzdur, a wysłał go wyłącznie dla prowokacji. Nie poszedłem tym tropem zbyt daleko, gdyż, jako się rzekło, w literaturze zawsze będzie ważniejsze „jak”, niż „co”, inaczej wolno byłoby pisać wyłącznie relacje prasowe.
Tytuł: 7iedemdziesiąt 2wie litery (Siedemdziesiąt dwie litery)
Autor: Ted Chiang
tłumaczenie: Michał Jakuszewski, Jolanta Pers, Dariusz Kopociński, Agnieszka Sylwanowicz
wydawnictwo: Solaris
data wydania: 5 sierpnia 2010
ISBN: 978-83-7590-063-7
liczba stron: 384
Pierwotnie ukazało się na szortalu .
Subskrybuj:
Posty (Atom)





