Pierwszego dnia lata Antoni Pierwiosnek zrobił niezwykłą kupę.
wtorek, 14 sierpnia 2018
Opowiadania w antologiach 2018
W "Fantazmatach I" znalazło się opowiadanie pod tytułem "Rzeczy, które robisz w Łodzi, będąc martwym", historyjka o duchu policjanta, który zanim straci resztki człowieczeństwa, próbuje jeszcze przeprowadzić śledztwo. Rzecz dzieje się w Łodzi, w czasach naszych, jak i dawnych, kiedy jeszcze dymiły kominy fabryk. Antologia dostępna jest wyłącznie jako ebook.
"City 4" to antologia opowiadań grozy miejskiej. Moja "Winda" opowiada o czasie spędzonym pomiędzy piętrami jednego z akademików. A także o wielu innych sprawach poruszonych w tym czasie przez uwięzionych w niej ludzi. Co ciekawe, wszystkie te historie są zupełnie prawdziwe. Lub prawie zupełnie. Na szczęście dla mnie, tylko o nich słuchałem, a potem zagarnąłem dla siebie i czytelników. Tutaj dziękuję Magdzie S. za pozwolenie na ich użycie. Antologia dostępna jest między innymi na stronie wydawcy.
Dla uczczenia 25. edycji Międzynarodowego Festiwalu Fantastyki w Nidzicy ukazała się antologia "Kroki w nieznane Rakietowej krowy". Jednym z opowiadań w niej zamieszczonych jest mój "Odlot Florencjusza Tłuszcza", historia o wytwórcy bestsellerów, który zadarł z półświatkiem fantastów. To nie miało szans się dobrze skończyć.
I wreszcie "Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2018". Moje opowiadanie, "Zużyć przed marcem 1998", to ponura fantazja na zupełnie prawdziwy, jeszcze bardziej ponury temat : łódzkiego getta. Opowiada o dziennikarskim śledztwie w sprawie kolorowych zdjęć z czasów drugiej wojny światowej. Dostępna jest między innymi na stronie wydawcy.
Obrazki z pojutrza w "Nowej Fantastyce"
środa, 4 listopada 2015
Za miseczkę mleka
piątek, 5 czerwca 2015
Kupa QR - opowiadanie
wtorek, 21 kwietnia 2015
Grzyb
Grzyb
Nazywam się Sławomir Grzyb i wcale nie lubię grzybów, a zwłaszcza pieczarek i maślaków.Pracuję w domu pogrzebowym w Wierzbnie jako pedikiurzysta, fryzjer i wizażysta. Najlepiej w całej firmie dobieram makijaż do typu urody klienta. Czasem oczywiście nie wystarczy pomalować oczu i umyć włosów. I kiedy zdarzają się grubsze prace, dostaję je zawsze ja.
Taka pani Skolimowska na przykład. Kiedy zmarła, prasowała akurat i upadła prosto na żelazko. Zanim syn znalazł ją w końcu i wyciągnął wtyczkę z gniazdka, w czole zdążyła jej się wypalić prawdziwa czarna dziura. Pracowałem dobre sześć godzin i praktycznie cały czas pachniało spalenizną. Nie był to oczywiście wielki problem, bałem się jednak, że nie usunąłem całej spalenizny i będzie coś widać. Na szczęście udało się i nikt, oprócz syna, nie wiedział, że pani Skolimowska przez trzy pierwsze godziny nie-życia prasowała sobie czoło.
Jednak najdziwniejsza historia, jaka kiedykolwiek przydarzyła mi się w pracy, nie do końca dotyczyła zmarłych. Pan Buśko, czterdziestolatek po dwóch zawałach, przywiózł żonę swoim samochodem. Jako bliskiemu znajomemu naszego szefa, uszło mu to płazem, mimo wszelkich przepisów, paragrafów i zaleceń. Sam położył zmarłą na moim stole i wyraził kilka życzeń ekstra, których sensu nie rozumiałem, ale skrzętnie wypełniłem – za drobną opłatą ekstra. Ogoliłem pani Buśko wzgórek łonowy, zostawiając tylko wąski pasek rudych, szorstkich włosków (4,5 milimetra, pod suwmiarką). Wkłułem po chromowanym kolczyku z kulkami w każdy z grubych, wiotkich sutków (trochę krwawiły, ale nikogo przecież nie bolało). Zrobiłem nawet tatuaż na plecach (anioł z rozpostartymi skrzydłami, idealny dla dwudziestolatki, na martwej czterdziestce wyglądał nieco pretensjonalnie). Czułem oczywiście cały czas skrępowanie, ale czego się nie robi dla klienta?
Zawahałem się tak naprawdę dopiero przy ostatnim punkcie programu: czterech oszlifowanych na gładko drewnianych kulkach wielkości sporych winogron, połączonych mocną nicią, które, cytując zleceniodawcę, miałem „wsadzić pani Buśko w dupę”. Z tym był oczywiście niejaki problem, bo wprawdzie zwieracze nieboszczyków praktycznie nie funkcjonują, ale za to stężenie pośmiertne również potrafi utrudnić życie, a nie mogłem zbyt długo zwlekać, bo pan Buśko chciał, żeby małżonka była „gotowa na jutro”, cokolwiek to mialo znaczyć. Nie, żebym nie miał różnych pomysłów na wytłumaczenie dziwacznego zlecenia. Przyszło mi do głowy, że obiecał spełnić jej perwersyjne marzenia i nie zdążył, więc teraz nadrabiał. Albo przeciwnie, że postanowił zrealizować własne fantazje, o których ona nigdy nie chciała nawet słyszeć.
Do głowy mi nie przyszło, co się stanie, kiedy wreszcie (używając narzędzia skonstruowanego naprędce z rury od odkurzacza i chirurgicznych kleszczy) udało mi się umieścić połyskliwe akcesorium wewnątrz mojej podopiecznej.
– Taaaak – rozległ się jęk, a ja przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy odbyt i durne kulki potrafią modulować strumień gazów gnilnych tak, żeby zabrzmiało to w ten właśnie sposób. Niestety, pod ręką, którą zapierałem się o chude biodra pani Buśko, poczułem ciepło. A potem usłyszałem wątłe: – Dalej, skarbie, dalej.
No, tego żaden odbyt nie potrafiłby wymówić. Dlatego zwiałem. A pani Buśko zaczęła krzyczeć. Darła się, jak opętana i rozrzucała sprzęty, sądząc po hałasie. Ja siedziałem w kiblu, zamknięty na cztery spusty (konkretnie to na zepsutą zasuwkę) i próbowałem przypomnieć sobie jakąś modlitwę, ale zacinałem się na „Zdrowaś” i za Chiny Ludowe nie mogłem sobie przypomnieć, kto miał być zdrowy. Teraz to się nawet nie dziwię, bo mało który wizażysta ma okazję przeżyć zmartwychwstanie klienta.
Potem trzasnęły drzwi i usłyszałem „Zabiję cię, skurwysynu!”. Następnie były szlochy, tupoty i znowu trzaśnięcie drzwi. Kiedy wróciłem do pracowni jakieś pół godziny później, posprzątałem porozrzucane narzędzia i materiały, zamiotłem podłogę, zawiozłem wózek do chłodni i pogasiłem światła. Nie miałem pojęcia, co tam się działo. Potrzebowałem się napić.
*
Pan Buśko odwiedził mnie następnego dnia w domu.
– Chciałbym pana przeprosić. I wyjaśnić całą sytuację – zagaił, kładąc na stole w kuchni kopertę i przystawiając ją butelką whisky, która musiała kosztować dobrych parę stów. Gdyby wiedział, do czego najczęściej tego używam whisky, pewnie kupiłby tańszą.
– Może będę wiedział, co powiedzieć szefowi – odpowiedziałem, powstrzymując chęć zdzielenia go w nos czymś ciężkim, choćby i jego własną butelką.
– On już wie. Proszę posłuchać.
I zaczął nieskładnie opowiadać, jak to obiecał żonie tatuaż i piercing w zupełnej narkozie, bała się bowiem bólu, ale były przeciwskazania anestezjologiczne, więc wszystko się odwlekało na święty nigdy. Kiedy zaczęła go w końcu straszyć go teściami i kardiologiem, zaczął w rozpaczy szukać jakiegoś wyjścia. I znalazł, na e–bayu, środek z Haiti czy innej Gwatemali, którym szamani wprowadzają ludzi w stan hibernacji. Ofiary oddychają raz na minutę, serce bije jeszcze wolniej, ciała przyjmuje temperaturę otoczenia, takie tam bzdury. Miała obudzić się następnego dnia, kiedy mnie nie będzie w pracy.
Nie przewidzieli i nikt być może nie wiedział o jednym – że najwyraźniej środek przestaje działać nie tylko po upływie przewidzianego czasu, ale również pod wpływem bodźca w tym jednym miejscu, którego najczęściej nieboszczykom się nie drażni: okrężnicy, jak fachowo nazywa się to miejsce, w które wsadziłem pani Buśko drewniane kulki. Jak wyznał, miała to być mała zemsta za jej upór, bo „analu zawsze mu odmawiała”.
– Czemu mi pan nie powiedział, że ona żyje? – spytałem, kiedy wstał, najwyraźniej uspokoiwszy sumienie. – Mogłem zrobić jej krzywdę. Na szczęście kobietom nie można podwiązywać cewki moczowej, ale tyle innych rzeczy się robi! Mogłem ją nawet przypadkiem zabić!
Zawstydził się chyba, oblał intensywne buraczanym rumieńcem aż po wymięty kołnierzyk koszuli i wyszedł, obróciwszy się na pięcie.
Od tamtego czasu niewiele zmieniło się w moim życiu. Myślę, że póki nie pani Buśko nie zostanie ponownie moją klientką, nie będą mnie męczyły koszmary o zmartwychwstaniu lub kolczykowaniu sutków. Jednak na wszelki wypadek, żeby mieć jeszcze spokojniejszy sen, kiedy nie jestem stuprocentowo pewny, że ofiara nie żyje (czyli jeśli ma głowę i twarz na miejscu, a za to nie ma żadnych śladów sekcji) przeprowadzam prosty test na obecność substancji psychodeaktywujących podobnych do tych, którymi pan Buśko nafaszerował swoją żonę. Oczywiście nie używam do tego drewnianych kulek, które właściciel zabrał jeszcze feralnego wieczora, tylko nieco mniej wyrafinowanych narzędzi. Na szczęście (a z punktu widzenia rodzin to pewnie niestety), na próżno – nikt więcej się do tej pory nie obudził. Ja jednak wolę dmuchać na zimne. I na sztywne też.
sobota, 11 kwietnia 2015
Vizvary w majowej Nowej Fantastyce
środa, 25 marca 2015
Króliczki szaleją w Łodzi
W internetach pojawiło się doniesienie o zmutowanych króliczkach, które w Łodzi atakują niewinnych ludzi. Niektórzy zauważyli podobieństwo tej sytuacji do wydarzeń opisanych kilka lat temu w sensacyjnym opowiadaniu Króliczki kontratakują, czyli międzygalaktyczny zakład krawiecki Piotra R. Ponieważ nie wszyscy mieli okazję je przeczytać, postanowiłem przypomnieć je i udostępnić szerszej publiczności.
Oto ono, w postaci pliku PDF: Pobierz opowiadanie!
Tutaj zaś reprezentatywny fragment :
Przystanąłem i rozejrzałem się. Żadnej kobiety w srebrnym futrze, w ogóle żadnej kobiety. Sami chłopi w gumiakach, wszyscy zajęci pakowaniem towaru z powrotem na furgonetki i do miniaturowych magazynów w zamykanych na kłódki, prymitywnych budkach. Zawsze tak sobie wyobrażałem targ w Mongolii i przez chwilę poczułem się egzotycznie. Brak jakiegokolwiek wielbłąda nie pozwolił jednak ulec złudzeniu. Znajdowałem się w centralnej Polsce, w pięknym mieście Łodzi.
– Pst! – Powtórzył psyczący ktoś.
Dźwięk dochodził wyraźnie tuż znad ziemi, z mojej prawej strony. Skierowałem tam spojrzenie i wtedy właśnie je ujrzałem.
Króliczki.
Były małe, rude i bardzo puszyste, z długimi, miękkimi uszami. „Króliczki” było słowem, które na ich widok samo się nasuwało, mimo ewidentnie psiej twarzy, przypominającej naraz bulteriera i mopsa, niezależnie od tego, jak bardzo niemożliwa taka kombinacja może się wydawać. Kłębiły się w wiklinowym koszyku wyłożonym kraciastym pledem. Musiało być ich kilkanaście.
Podszedłem bliżej. Sprzedawca drzemał, a rozchodzący się wokół intensywny aromat bimbru sugerował, że to nie po dniu spędzonym na ciężkiej pracy jest taki senny.
– Pst! Pst! Niech pan przykucnie!
Głos zdawał się dochodzić spod moich stóp. Jeśli psykała kobieta, która wcześniej do mnie dzwoniła, musiała się ukryć, za koszem lub, co gorsza, w nim. Sam się roześmiałem na tę myśl i kucnąłem, sięgając ręką pomiędzy króliczki, żeby rozgarnąć wijącą się masę i odszukać zagrzebanego w nich człowieka, najpewniej karlicę.
– Proszę się nie śmiać, tylko mnie kupić! Zaraz zamarznę! – ponaglił mnie głos, tym razem wyraźnie identyczny z tym, który pół godziny wcześniej brzmiał w mojej słuchawce.
– Nie może pani po prostu wyjść?! – zapytałem, rozzłoszczony nagle. Żarty nieodmiennie przestają mnie bawić, kiedy ktoś zmieniają się w ofertę kupna czegoś, czego zupełnie nie potrzebuję. Nawet jeśli to coś jest puchate. I zwłaszcza, jeśli ma sześć łap.
Sześć łap!
Z odrazą cofnąłem dłoń z takim impetem, że aż straciłem równowagę i plasnąłem w gęste, śniegowe błoto zalegające rynek. Ten odgłos przebudził sprzedawcę, który otworzył nagle oczy, zadziwiająco trzeźwe i pełne łez. Obserwował mnie, jak gramolę się z powrotem do pozycji stojącej, otrzepując dżinsy z grud brudnego śniegu.
– Jeśli nikt ich nie kupi, będę musiał je utopić – wychrypiał. – Są jeszcze ślepe, nic nie poczują.
Nienawidzę szantażu emocjonalnego, muszę jednak przyznać, że to jedyny sposób, aby skłonić mnie do zrobienia czegoś, na co nie mam najmniejszej ochoty. Wyobraziłem sobie zimną wodę z przerębla wtłaczaną w maleńkie płuca i gardło mi się ścisnęło.
– Ile? – spytałem zdławionym głosem i sięgnąłem do portfela.
– Tysiąc.
Na szczęście nie przełykałem akurat śliny, bo z pewnością bym się zadławił. Tysiąc złotych za króliczka?
– Niech będzie dziewięćset, skoro taki pan skąpy. – Handlarz musiał dostrzec oburzone zdziwienie na mojej twarzy. Z takim talentem do negocjacji nie miał szans na duży zarobek.
– Sto złotych maksymalnie – odparłem, próbując odpędzić wizję różowych jęzorków zwisających bezwładnie z małych pyszczków.
– Żaden z pana przyjaciel zwierząt. Reszta pójdzie do piachu – szczuł mnie sprzedawca.
Wtedy przypomniałem sobie sześć łap.
– Niech się pan cieszy, że nikt nie nasłał na pana sanepidu – warknąłem, próbując przybrać możliwie niemiły ton. – Te mutanty muszą być promieniotwórcze.
Stary wyprostował się nagle, naciągnął głębiej czapkę na oczy i rozejrzał się podejrzliwie.
– Dobra, niech będzie dycha i są pańskie – syknął. – Tylko szybko.
– Wszystkie? Mogę wziąć tego największego. Nie jestem producentem futer, tylko koszul.
– Bierz pan, resztę się spali.
Spali! Serce ścisnęło mi się na myśl o piszczących w płomieniach maleństwach.
– Niech będzie, biorę wszystkie – westchnąłem, zrezygnowany.
Wyjąłem z portfela dziesięć złotych i podałem rolnikowi.
Kupiłem kosz króliczków.
środa, 28 stycznia 2015
Parówka - opowiadanko
Parówka
Znalazłem w parówce paznokieć. Nieduży, lecz chyba z kciuka. Nie powinno mnie to dziwić, bo przecież kupuję zawsze te najtańsze, z mięsa oddzielanego mechanicznie i tłuszczu wieprzowego. Przy oddzielaniu mięsa może się przecież przydarzyć, że do młynka wpadnie obluzowany paznokieć, a czasem zapewne nawet jakiś nieostrożny palec.
A jednak zastanowiłem się, zawiesiwszy w pół drogi musztardę na czubku chromowanego noża.
Kto bowiem maluje paznokcie na fioletowo z drobnymi, cytrynowo-zielonymi ornamentami w kształcie dzwoneczków? Tylko jakaś nierozsądna nastolatka, taka co ma dużo czasu i mało w głowie. Siedzi po pracy i zamiast poczytać Prousta, oddaje się dekoracji ciała. Zapewne ma też tatuaże. I kolczyki. W uszach, w wardze, być może w sutku, a nawet - kto wie - w łechtaczce! Ta współczesna młodzież, szkoda nawet gadać. W salonach piercingu można nabawić się niejednej zakaźnej choroby. A potem chwilka nieuwagi i już - infekcja wędruje na stoły konsumentów całej Europy. W tym również Jeleniej Góry.
I co zrobię, jeśli w tej parówce była kiła? Albo rzeżączka? Kogo potem mam ścigać po sądach, jeśli otwarte rany nie będą się chciały goić lub, co gorsza, zarażę którąś z moich partnerek? A chrząstki w nosie i uszach, bezpowrotnie utracone przy drugim rzucie choroby? Nieodwracalnie spróchniałe komórki mózgu? Nikt mi już zdrowia nie wróci!
Dlatego zdecydowałem się nie jeść dalej. Mnie nie stać na ryzyko. Znalazłem już adres i telefon zakładu utylizacji odpadków medycznych. Przyjadą jutro przed czternastą. Zabiorą pozostałe cztery i pół parówki i zajmą się nimi jak trzeba. By nie roznosić zarazy.
Paznokieć sobie zostawię, zapasteryzuję tylko w słoiku twist-off.
Poznam na pewno wkrótce kobietę bez tatuaży i kolczyków, a jednak skłonną udekorować się czasem odrobinkę. Będzie wtedy jak znalazł na wzór. Bo trzeba przyznać, że ten ciepły fiolet i chłodna, jasna zieleń wspaniale się razem komponują. Zwłaszcza na paznokciu.





