Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepionki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepionki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 września 2017

Dlaczego nie dziwię się antyszczepionkowcom

Ludzie boją szczepić się dzieci. I mają rację. Szczepionki, jak wszystko, co wprowadzamy do organizmu, może mieć przeróżne skutki. Powinny głównie stymulować układ odpornościowy, ale potrafią czasem skutkować gorączką, wstrząsem albo inwalidztwem (na przykład głuchotą). Nawet jeśli nie powodują autyzmu, to i tak kolekcja możliwych powikłań jest imponująca. Dlaczego jednak nie istnieje ruch antyantybiotykowy? Czemu nie ma zgromadzeń protestujących przeciwko reklamom ibuprofen? Antybiotyki prowadzą nas prostą drogą do świata odpornych-na-wszystko superbakterii, a ibuprofen potrafi zamaskować dowolny ból, który w innym świecie skłoniłby człowieka do pozostania w łóżku lub odwiedzenia lekarza. Czemu zatem szczepionki wzbudzają taki strach, zaś antybiotyki nie?

Odpowiedzi szukać należy zapewne w czasach, kiedy ludzie dopiero zaczynali być ludźmi i wpadli na pomysł wspaniałego narzędzia do budowania więzi, zwanego plotką. Uwielbiamy plotkować. Kto z kim, gdzie i dlaczego. Od kiedy i jak długo, za ile i przeciw komu. Całą cywilizację oparliśmy przecież na centrach plotkarstwa zwanych telewizyjnymi kanałami informacyjnymi. Dzięki fejsbukowi plotkujemy w autobusie, na siłowni, w toalecie i na zebraniach zarządu. Najbardziej lubimy zaś wieści o końcu świata, wojnie, zamachach i chorobach. Kto na co umarł i dlaczego nikt mu nie pomógł. I przede wszystkim, skąd się wzięła jego choroba. Nasz mózg o wiele chętniej zajmuje się sprawami przykrymi i przerażającymi, a zwłaszcza tymi, które dzieją się teraz. Dlatego, jeśli mamy do wyboru rozmowę o kimś, kto właśnie umarł i kimś, kto być może umrze za dziesięć lat, pogadamy o tym pierwszym. To straszne i okropne, trzeba o tym poplotkować. Tak właśnie funkcjonujemy.

Powikłania po szczepionkach, te prawdzie i te wyimaginowane są zdecydowanie na szczycie, bo nie tylko dotyczą chorób, ale jeszcze dzieci. Pięćdziesiąt lat temu powikłania po szczepionce zostawały w domu tego, komu nieszczęście się przytrafiło. Jeśli dziecko zostało trwale poszkodowane, żyło w zamknięciu, tak jak wszyscy inni, którzy nie potrafili przekroczyć barier architektonicznych i społecznych. Jeśli umarło, miało pogrzeb. Gdyby komukolwiek przyszło do głowy nie zaprowadzić dziecka na szczepienie, z pewnością wkrótce miałby do czynienia nie tylko z sanepidem, ale również szkołą, przedszkolem, a może i dzielnicowym. Był obowiązek, a kto padł ofiarą strat wśród cywili, musiał z nimi żyć. Być może z niedużą rentą, jeśli problemy dały się zaklasyfikować, jako któraś z kategorii inwalidzkich.

Teraz wszystko się zmieniło. Nie tylko staramy się wymienić flotę autobusów na niskopodłogowe i zastąpić schody podjazdami i windami. Możemy po prostu odmówić szczepienia. Przede wszystkim jednak, ryzyko ma teraz twarz, imię i nazwisko: śmiało możemy przyjąć, że każda osoba, którą dotknęły powikłania po podaniu szczepionki natychmiast może stać się osobą publiczną. Nawet więcej, bez większej przesady możemy twierdzić, że przy pewnym wysiłku możemy nawiązać kontakt z bliskimi każdej osoby, którą spotkały tego typu powikłania, co najmniej na obszarze UE. Dlatego konkretne powikłania konkretnych osób mogą być przedmiotem plotek i rozmów przy obiedzie i kawie. Pięćdziesiąt lat temu nikt nie plotkował o powikłaniach po szczepionce ospie, chyba, że akurat znał rodzica dziecka tym dotkniętego. Powikłania były po prostu statystyką, trzy przypadki na milion, imiona i nazwiska znała jakaś pani w GUS. Nie było o czym rozmawiać.

Facebook dał nam moc. Zmienił bezimienne, nic-nikomu-nie-mówiące statystyki w kroniki, które każdy może przewertować i zinterpretować po swojemu. Trzy przypadki na milion to niewiele. Anna Maria, Dżejson i Weronika to już konkretne osoby dotknięte nieszczęściem, a do tego pozostawione same sobie. Nigdy nie będę wśród trzech przypadków na milion, ale kimś jak ta trójka mógłbym się okazać. Do tego, okazuje się, że to wcale nie trzy przypadki, bo jeśli się przyjrzeć, to mnóstwo dzieci ma objawy poszczepienne, tak w każdym razie wynika z twittera i facebooka. Do GUS zgłaszali przypadki lekarze, do kroniki codziennej rodzice. Można się spodziewać, że lekarze zaniżali ilość zgłoszeń, rodzice zaś wykazują się typową nadgorliwością laika: formularz wypełnia się dużo dłużej niż tweetuje. Nawet jeśli gorączka następnego dnia przejdzie, w kronice wpis już zostanie, a trudno kogoś potępiać za nadgorliwość czy dopatrywanie się objawów choroby.

Ludzie bowiem wyciągają wnioski tak, jak im to nakazuje instynkt: szybko, prosto i bez większego wysiłku. To nauka posługuje się wyrafinowanymi narzędziami do wyciągania wniosków i formułowania różnych użytecznych reguł. Jedną z nich jest ta o szczepionkach: jeśli wystarczająco dużo osób zostanie zaszczepionych przeciw jakiejś chorobie, choroba ta nie spowoduje epidemii. Narzędziem, które do tego wniosku pozwala dojść jest statystyka. Śmiało można wręcz przyjąć, że statystyka jest najważniejszym narzędziem każdej nauki przyrodniczej (czyli epidemiologii też). Niestety, statystyka ma jeden nieprzyjemny skutek uboczny – zmienia ludzi i choroby w liczby. Znikają nazwiska i cierpienie, zostają miliony, tysiące, dziesiątki, procenty, promile. Miliony zaszczepionych, tysiące ocalonych, dziesiątki dotkniętych skutkami ubocznymi. Co więcej, czym innym jest przewidzieć, że trzy osoby na milion padną ofiarą skutków ubocznych, czym innym przewidzieć kto konkretnie.

W tym miejscu nauka ponosi klęskę. Jej największy sukces, czyli umiejętność formułowania ogólnych reguł i przewidywania, nie zdaje egzaminu, w czasach, kiedy ludzie nie bywają już statystyką ani przypadkiem choroby. Każdy może głośno powiedzieć o swoich problemach i domagać się uwagi, a nawet pomocy. Zwłaszcza, jeśli jego problemy wynikły właśnie z uczestnictwa w grupie zwanej społeczeństwem. Szczepimy się bowiem bardziej dla innych, niż dla siebie. I dopóki szczepienie kosztuje nas wyłącznie gorączkę, można to jeszcze zrozumieć. Kiedy jednak ceną są ciężkie powikłania, a takie się z pewnością zdarzają, niewiele można poradzić. Wspólnota umyje ręce, co najwyżej wysłucha, pochyli się, da sporo lajków, nic więcej.

Nic więc dziwnego, że szczepienia budzą strach. Dawniej strach budziły choroby, każdy znał bowiem historię dziecka sąsiadów czy dziecka w rodzinie, które zabiła choroba w rodzaju koklusz czy tyfus. Teraz przerażać mogą wyłącznie relacje tych, którym zaszkodziła szczepionka. A ponieważ możemy właściwie osobiście poznać każdego, czyje dziecko padło ofiarą powikłań poszczepiennych, strach nie jest irracjonalny. Ma konkretne, prawdziwe podstawy. Zwłaszcza jeżeli jedyną przyczyną tragedii (czy choćby problemów) było szczepienie, czyli coś, czego można nie zrobić. Dlatego w ogóle nie dziwię się rodzicom, którzy boją się szczepionek. To zupełnie ludzkie. Wiedzą, że ryzykują zdrowiem swoich dzieci dla społeczeństwa, które nigdy im nie podziękuję, ani nie skłoni się do pomocy, jeśli coś złego się stanie. To, że ich strach jest wyolbrzymiony wynika wyłącznie z konstrukcji istoty ludzkiej – nasz mózg uwielbia wyolbrzymiać zagrożenia, dla naszego bezpieczeństwa, od zawsze. Lepiej uciec przed tygrysem , który okaże się potem wyłącznie cieniem wśród traw, niż zostać zjedzonym przez cień wśród traw, który okazał się tygrysem. Przezorny zawsze ubezpieczony, a najprostsze ubezpieczeni to zawsze ostrożność.

To też odpowiada, na zadane na początku pytania. Czemu nie boimy się antybiotyków, a szczepionek owszem? Zna ktoś ofiarę superbakterii? Jeszcze nie, najczęściej to ludzie, którzy umarli gdzieś w szpitalu, niemal nieodróżnialni od innych, którzy umarli, mimo antybiotyków. Strach przed antybiotykami wymaga racjonalnego podejścia, szerokiego spojrzenia, myślenia o odległej przyszłości. Ludzie tak nie funkcjonują. Zresztą cenę za wyhodowanie super zarazka poniesie zapewne kto inny. Podobnie z ibuprofenem, którego użycie daje szybką ulgę i pozwala uniknąć stresującej, a czasami i katastrofalnej, konfrontacji z pracodawcą. Odsuwamy w przyszłość konsekwencje, choć niekiedy, gdyby ktoś potrafił nam je uświadomić zawczasu, wolelibyśmy być może stracić pracę. Ból sygnalizuje niekiedy bardzo poważne choroby. Ze szczepionkami jest tak samo. Konsekwencje nie zaszczepienia poniesie najczęściej kto inny, a jeśli nawet nasze dziecko, to nie teraz, tylko kiedyś, gdy nadejdzie epidemia. Na razie jednak nie zaszczepienie daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

Można zatem powiedzieć, że postawa antyszczepionkowa jest zupełnie zrozumiała i w pełni ludzka. Opiera się o podstawowe, irracjonalne cechy człowieka, takie jak wyolbrzymianie zagrożeń czy budowanie obrazu świata na podstawie plotek i wiedzy potocznej. W czasach sieci społecznościowych i prawdziwej globalnej wioski, kiedy każdy może nawiązać kontakt z ofiarą szczepionki (nawet jeśli każdy z miliarda z tą samą jedną ofiarą), zagrożenie szczepionką może wydawać się większe, niż zagrożenie chorobą. Wydaje się, że jedynym sposobem, żeby uniknąć masowego odwrotu od szczepień, jest zapewnienie adekwatnej opieki tym, którzy padliby ofiarą komplikacji. Odwołanie się do racjonalnej postawy będzie zupełnie nieskuteczne – z naturą ludzką nie ma co walczyć. Ludzie swoje wiedzą i tym więcej będą wiedzieli, im intensywniej będą mogli się sami dowiadywać. Dopóki istnieje facebook, nie możemy liczyć na wzrost racjonalnych postaw. Przeciwnie, należy spodziewać się wzrostu zachowań irracjonalnych, zgodnych raczej z psychologią tłumu, niż jednostki.

Na korzystny obrót wydarzeń, czyli szacunek i pomoc zwykłych ludzi dla osób, których dzieci zapłaciły cenę za zdrowie społeczeństwa, niestety nie mamy co liczyć. Przywykliśmy już delegować do kłopotliwych spraw wyspecjalizowane instytucje, żeby spokojnie zajmować się swoimi sprawami (na przykład potępianiem "idiotów, którzy nie rozumieją, że trzeba szczepić dzieci"). Ludzie tacy po prostu są. W każdym razie tutaj.

czwartek, 29 stycznia 2015

Nowy Herostrates

Przeczytałem świetny esej o walce z epidemią polio w Izraelu. Chociaż mam się za osobę wykształconą raczej wszechstronnie, zaskoczyło mnie, jak mało wiem o tak oczywistym, zdawałoby się, temacie, jak szczepienia. Nie wiedziałem, że dopiero zabezpieczenie dwoma szczepionkami przeciw polio (doustną i domięśniową) chroni nie tylko szczepionych, ale i całą populację. Nie pamiętałem też, że polio wyrosło na gwiazdę chorób zakaźnych dopiero kiedy wzrost poziomu higieny uniemożliwił codzienny kontakt z wirusami od noworodka, co zapewniało odporność na całe życie.

Keren Landsman,autorka eseju, opisuje też całkiem dokładnie problemy, które musieli zwalczyć epidemiolodzy, usiłując zaszczepić w trybie pilnym całą dziecięcą populację Izraela. Problemem tym byli, niestety antyszczepionkowcy. Nie mam zamiaru dołączać w tym miejscu do chóru lamentującego nad epidemiami powracającymi z winy wyznawców Andrew Wakefielda. Zastanawia mnie szerszy problem: skąd bierze się siła tego i innych podobnych ruchów? Co mówi o naszej cywilizacji sam fakt ich istnienia?

W eseju, o którym pisałem, Landsman pisze o matce, która ogłosiła, że jej córka została sparaliżowana pół godziny po otrzymaniu szczepionki doustnej. W ciągu minut historia ta rozprzestrzeniła się po sieci. Dwie godziny później ktoś opisał prawdziwą historię: dziecko zasnęło tuż po szczepieniu, zsiusiało się podczas snu i miało zdrętwiałe nogi, kiedy się przebudziło. Wytłumaczenie było przyziemne i nie pasowało do schematu antyszczepionkowców. Pro-szczepionkowcy musieli rozgłaszać na własną rękę historię gdzie tylko mogli.

Jak to możliwe, że relacja jednej spośród milionów(!) matek zaszczepionych dzieci mogła tak szybko zyskać popularność i zmusić sporą rzeszę ludzi do usiłowania przedstawienia prawdziwej historii? Banalna brzmi odpowiedź brzmi oczywiście: bo istnieje współczesny internet: Twitter, Facebook i sto innych mediów, dzięki którym informacje potrafią roznieść się po całej planecie w ciągu, niemal dosłownie, mgnienia oka.

Czemu jednak akurat wieści o domniemanych powikłaniach poszczepiennych zdobywają tak wielki posłuch? Czemu tak trudno przebić się solidnej, rzetelnej wiedzy, podpartej naukowymi badaniami podczas gdy anegdotyczne, nieracjonalne dowody zapadają tak łatwo w powszechną świadomość? Można by wręcz sformułować regułę, analogiczną do prawa Kopernika-Greshama. o tym, że wiedza tania i łatwa wypiera droga i trudną do zdobycia.

Wydaje się, że kluczem do tej asymetrii jest stara dobra natura ludzka, ukształtowana w czasach kiedy ewolucja biologiczna pracowała jeszcze nad kształtem człowieczego umysłu. Przygotowała go do zarządzania hominidem funkcjonującym w stadach dużych na tyle, że iskanie przestało być wydajnym sposobem zapewniania o lojalności. Hominidem o tak dużym potencjale, że umiejętność szybkiego gromadzenia i przekazywania innym wiedzy o otaczającym go środowisku wywindowała go na szczyt tak zwanej drabiny stworzenia. Plotka, przesądy i pierwotne religie zdobyły pozycję, której nic na długo nie było w stanie zagrozić.

(Na temat roli plotki jako godnego następcy iskania bardzo ciekawie opowiada Frans De Waal w książce “Bonobo i ateista”)

Rzeczywiście, rozmowy, jakie prowadzimy spędzając czas z bliskimi i znajomymi, dotyczą na ogół tematów, w których rozmówcy doskonale się zgadzają. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że tematy rodzinnych spotkań powtarzają się wciąż i wciąż: te same historie, te same choroby, anegdoty i żarty. Podobnie, jeśli zastanowimy się nad wiedzą, jaką przekazują nam rodzice, dziadkowie, koledzy z pracy, wielka jej część okaże się zbiorem przesądów, prostych reguł, których źródeł nie jesteśmy w stanie dociec. Jeśli przestraszysz się, robiąc zeza, oczy pozostaną już skrzyżowane. Mleko skwaśnieje po burzy. Pliki na pulpicie przesuwa się myszką z jednego folderu do drugiego. Najbezpieczniej jest na oświetlonych alejkach. Dieta białkowa jest najlepsza. Dieta białkowa szkodzi zdrowiu. Gluten szkodzi. Szczepionki powodują autyzm.

W ten sposób powróciliśmy do punktu wyjścia, trudno mieć jednak poczucie wytłumaczenia samego zjawiska. Czemu akurat teraz, nie zaś sto lat temu, tak wielu ludzi sprzeciwia się praktykom, których skuteczność potwierdziły nie tylko trudne do odczytania statystyki, ale żywe (dosłownie) dowody: kto z nas słyszał w ciągu ostatnich dwudziestu lat o dziecku, które umarło na świnkę albo odrę? Nikt i to powinno wystarczyć za dowód. A jednak nie wystarcza.

Przyznaję, że atrakcyjnym wytłumaczeniem tego powrotu do irracjonalizmu wydaje się właśnie tani, bezpośredni dostęp do informacji, której nie należy mylić z wiedzą, zwłaszcza zgromadzoną w postaci nauki. Internet ze swoimi zasobami w postaci forów, grup dyskusyjnych, przeróżnych stron z poradnikami czy recenzjami i wszelkich innych zbiorów informacji, które tworzą anonimowi dostawcy przypomina coraz bardziej pierwotną dżunglę czy sawannę. Wyszukiwarka dostarczająca bez wahania informacji na każdy temat, pozostawiając klienta z podstawowym dylematem: komu zaufać? Kto mówi prawdę, a kto kłamie? Kto pisze, bo wie, a komu jedynie wydaje się, że dzieli się wiedzą? Kto jest moim sprzymierzeńcem, kto zaś wrogiem? Potencjalnych wrogów jest bowiem mnóstwo: hakerzy, naciągacze, nieuczciwe firmy, korporacje, prawnicy, służby specjalne, przemądrzałe nastolatki.

Człowiek nowoczesny, zupełnie niczym człowiek pierwotny, potrzebuje prostych reguł, które pozwolą odróżnić mu dobro od zła. Tym bardziej, że zupełnie jak w pierwotnej dżungli, zlekceważenie zagrożenia może przynieść o wiele gorsze skutki, niż niedostrzeżenie szansy. Lepiej nie ryzykować skorzystania z pozornie atrakcyjnej oferty i zostać głodnym, niż wpaść w pułapkę i zostać zjedzonym. Złowieszcze informacje, zupełnie niczym cienie w wieczornym lesie budzą w nas lęk. W gąszczu, czy to roślinny, czy informacyjnym, potrzebujemy prostych reguł, które pozwolą nam przeżyć, choćby i w niezupełnym komforcie, i poczuciu niepełnego bezpieczeństwa, ale jednak żyć. Po co ryzykować autyzmem, przed którym tak wielu ostrzega? A przecież nikt nie widział chorego na polio czy ospę. Lepiej nie ryzykować szczepieniem. Po co jeść biały chleb, skoro tak często słyszy się, że gluten szkodzi? Lepiej nie ryzykować chorobą jelit. Lepiej być ostrożnym, na wszelki wypadek.

Wybór pomiędzy złym, a dobrym jest tym trudniejszy, że brakuje autorytetów, którym można bezwarunkowo zaufać, zarówno w kwestii wyborów dotyczących używania tej czy innej technologii, ale też właściwej diety czy postępowania medycznego. Dawniej naukowcy zawdzięczali swój rząd dusz sukcesom, jakie im zawdzięczano. Antybiotyki nie były w połowie XX wieku czymś danym i oczywistym, jak obecnie. Były osiągnięciem nauki. Chłodzone mięso, Kuchenki mikrofalowe, komputery stawiały życie na głowie. I pozwalały mówić “Ja, naukowiec” tym, którzy naukowcami byli. Teraz, cud techniki, jakim jest telefon komórkowy najczęściej pada ofiarą określenia “mój rupieć” albo “ten syf”. Zacina się, zawiesza, ma słabą baterię. Jego twórca jest zwykłym sługą klientów, nie zaś cudotwórcą, który obdarza ich łaską swojego geniuszu. Tym to dziwniejsze, im większa przepaść dzieli wykształconych inżynierów i naukowców, od zwykłych użytkowników telefonii komórkowej. Być może wyjaśnieniem tego paradoksu jest pozór dostępności wiedzy, jaki stwarza internet właśnie. Naukowiec, inżynier, artysta wydaje się taki, jak każdy, tylko bardziej. Każdy może przecież zbudować drona, napisać program komputerowy, nagrać piosenkę, opracować wpis do encyklopedii. Youtube pokaże, jak naprawić samochód, otworzyć zamek w drzwiach, zbudować bombę. Każdy może wszystko, przynajmniej potencjalnie. Nie trzeba mieć talentu, umiejętności. Wystarczy usiłować. I uzyskać potwierdzenie od znajomych, że te usiłowania lubią.

Rzecz jasna, część winy za upadek znaczenia nauki w życiu codziennym ponosi samo jej powodzenie w podniesieniu dobrostanu człowieka. Niegdyś spektakularne sukcesy w przedłużeniu życia, obniżeniu śmiertelności niemowląt, zwiększeniu wygody i przyjemności życia nie mają już szans na powtórkę. To już się stało. Naukowcy nie potrafią przedłużyć życia o kolejne sto lat, pokonać chorób, które trapią postarzałą gwałtownie ludzkość, rozwiązać skomplikowanych problemów, które trapią przeludnione kraje, poradzić sobie z następstwami olbrzymich ruchów migracyjnych czy skutkami powstania środków natychmiastowej wymiany myśli i koncepcji w rodzaju internetu czy sieci telefonii komórkowych. Jedyne, czym w świadomości przeciętnego zjadacza chleba się zajmują, to utrzymywaniem status quo i wydawaniem pieniędzy na wielkie zderzacze hadronów. A także służenie korporacjom, które niepostrzeżenie stały się podstawowym narzędziem bogacenia sie bogatych kosztem już biednych. Jednym słowem, naukowcy, lekarze, inżynierowie mogą się pieprzyć. Są skompromitowani i nikt dłużej nie ma ochoty ich słuchać. Powinno im wystarczyć to, że mogą dalej żyć.

Wrażenie, że możemy dać sobie radę bez darmozjadów w laboratoryjnych fartuchach bierze się też z efektu stanu zastałego: większość z tych, którzy kontestują teraz te czy inne stwierdzenia nauki, narodziła się już w czasach, kiedy jej osiągnięcia weszły do kanonu zdobyczy cywilizacyjnych, i stały się niemal nieodróżnialne od bogactw naturalnych. Chorób zakaźnych nie ma. Dzieci nie umierają w niemowlęctwie. Samochody jeżdżą, a samoloty latają. Tamy nie przeciekają. To jest cywilizacja, tak po prostu jest. Tym łatwiej jest zatem rozprzestrzeniać się kuriozalnym ideom, które w innym świecie po prostu przepadłyby w konfrontacji z rzeczywistością. Matki rozpaczające nad grobem kolejnego dziecka z radością przyjęłyby cudowny środek, który uchroniłby kolejne z jej potomstwa od śmierci, nawet za cenę tego, że być może któreś z nich będzie miało powikłania. Rolnicy umierający z rodzinami głodu po tym, jak zaraza spustoszyła pola w całym kraju umarliby jeszcze szybciej ze zdumienia, gdyby któryś ze zwolenników “zielonego rolnictwa” poinformował ich o istnieniu pestycydów, ale zabronił użycia, gdyż szczury karmione nimi w kilogramach umierają na raka.

Wszystko to jednak nie tłumaczy siły ruchów takich, jak anty GMO czy antyszczepionkowego. Nawet internet, jednoczący setki i tysiące mózgów na wszystkich kontynentach w błyskawicznie synchronizującą stan sieć nie jest w stanie wyjaśnić ich siły. Jest przecież tak wiele kuriozalnych idei, które szybko więdną, mimo iż padają na równie podatne gleby umysłów, jak te, które wyrastają potem w wielkie, krzewiące się niemal-religie. Myślę, że kluczem do powodzenia tego, czy innego zjawiska opierającego się na aktywności członków nowoczesnego, jednoczącego się przy pomocy internetu plemienia są, jak w przypadku tradycyjnych społeczności – charyzmatyczni przywódcy. Przewodzą wiecom, wyłuskują co wartościowsze pod względem potencjału propagacji idee i wiadomości, dbają o publiczny wizerunek plemienia, izolują jego członków od zawiłości rzeczywistych problemów, rozwiewają ewentualne wątpliwości. Przewodzą.

Co ciekawe i smutne zarazem, sam charakter idei, które mają największe szanse wzrastać okrzepłe ideologie jest siłą rzeczy destrukcyjny. Jako się wcześniej rzekło, najbardziej nośne, poruszające umysł i emocje nowoczesnego człowieka pierwotnego są zagrożenia, jako że zlekceważenie ich może potencjalnie przynieść katastrofalne skutki. Dobrostan, zdrowie, beztroska, jako stan pozornie pierwotny nie wydają się wymagać aż tak wielkiej uwagi. Podobnie, idee, których przyczynić by się mogło do wzrostu tychże nie wydają się aż tak kuszące, ich powodzenie bowiem nie jest tak atrakcyjne (będzie nam tylko przyjemnie, lepiej, spokojniej w razie powodzenia, ale przecież i tak jest już dobrze), zaś porażka będzie nas kosztowała zmarnowany wysiłek. Niczym w pierwotnej dżungli – ucieczka przed cieniem, może okazać się ucieczką przed rzeczywistym drapieżnikiem, zaś zjedzenie nieznanego owocu kosztować nas może zatrucie, lepiej więc przejść się dalej i zjeść stare, dobre jabłka.

Dochodzimy tym samym do źródeł optymistycznego, w gruncie rzeczy tytułu niniejszego eseju. Musimy mieć nadzieję, że niczym efeski szewc, przywódcy wstecznych, luddystycznych, antyracjonalistycznych internetowych plemion przejdą do historii jako szaleńcy, których żądza sławy czy sukcesu popchnęła do zbrodni: jak skazania na ślepotę milionów azjatyckich dzieci, którym odmówiono prawa do jedzenia modyfikowanego złotego ryżu czy wywołania nowych epidemii starych, dawno już pokonanych chorób zakaźnych. Oby nie stali się postaciami mitycznymi, do których modlić się będą nasi ponowocześni, pointernetowi potomkowie.